Głęboka dusza, rozproszona pomiędzy marzeniem na jawie a złudnymi rzeczywistościami. Trudno zobaczyć granicę, którą już się ją przekroczyło i nie chce się wracać. Nikt by jednak nie winił. To jego decyzja, czy chce wrócić na ziemię. Zatrzymać się na chwilę i pomyśleć.
W ostatnim czasie Longbottomowi zdarzyło się kilka rzeczy, które bardzo bezpośrednio dotyczyły jego osoby, więc nawet nie mrugnął okiem na wieści od bratanicy. Morpheus tylko w tym miesiącu zmieniał kolor niczym tancerze na parkiecie disco, od pięknych galaktycznych wzorów po głębokie burgundy i cyjany o płaskim kolorze przez pewien artefakt oraz, ledwie kilka dni wcześniej, w słonecznej Italii, zamienił się ciałami z Septimą Ollivander na dzień i noc, gdy miał po prostu podpisać i opłacić transport przeklętych sarkofagów. Gdy jest się Niewymownym tak długo, jak on, wie się, że nic nie jest pewne, że jest się bogiem i magia nie ma absolutnie sensu, a to, co jest znane i nauczane to tylko wycinek, który wydaje się czarodziejom, że rozumieją.
Otóż, nie. Nie rozumieją.
— Dzień dobry państwu — przywitał się ze wszystkimi zebranymi skinieniem głowy. W jednej dłoni trzymał różdżkę, drugą miał schowaną w kieszeni czarnych spodni. Lniana, haftowana na czarno szata, owijająca go łagodnymi kaskadami, układała się swobodnie na ramieniu i spływała na ziemię, całując rąbkiem ziemię. Od początku lipca Morpheus pozwalał już sobie na biżuterię i wzornictwo na ubraniu, zdecydowanie powiększyła się ilość zużywanego materiału na odzienie. Prezentował się wyjątkowo dystyngowanie, a w ciemnych oczach jeszcze lśnił blask włoskiego słońca. Na jego ustach gościł delikatny uśmiech zadowolenia z samego siebie, emanował wręcz tą pewnością, użyczając jej towarzystwu.
Poszedł za dwójką, uważając, aby nie ubrudzić sobie butów. Brzeg szaty zatknął sobie za pasek umiejętnie, tak że wyglądało, jakby tak miało być.
— O mądry Kronosie, strażniku czasu i ostatecznego losu, w twojej opiece spoczywa porządek wszechświata, twoje dłonie trzymają nitki losu, splatając je w magiczne wzory — powiedział, bardziej do siebie, niż do nich, przekraczając próg domostwa.
To zabawne, że Morpheus z dwójką młodszych czarodziejów, wyglądał niemal jak ojciec ze swoimi pociechami, które radośnie podążają do jaskini cyklopa, do czeluści Tartaru. Zostawiając po sobie zapach perfumy o szczególnym zapachu, kadzidlanym, nieco wiśniowym, podążał w głąb domostwa, niesamowicie ciekaw, cóż to znalazła Brenna i jej towarzysz.