Rozpalałby się i wyginał pod szeptami płynącymi z tych ust do jego uszu. Roztapiałby się i prosił cichym tchnieniem o więcej. Słowo "podobało się" było niedopowiedzeniem, bo choć Laurent kochał się w spojrzeniach, które widziały w nim piękno, w dotyku, które chciały piękna dotknąć, to stawał się niewolnikiem słów, które zapewniały o kradzieży gwiazd, o miłości, o zatopieniu serc w morskich wodach i oddaniu czci na anielskich ołtarzach. Mógł sam szeptać wszystkie te rzeczy, jeśli tylko trafiały na podatny grunt, ale on sam był gruntem, który chciał je chłonąć. Jałową ziemią, która potrzebowała uczucia, która potrzebowała silnej ręki i odrobiny pocałunków, które sprowadziłyby wodę dla zasadzonych w niej kwiatów. Tak kwitł. Nie każdy jednak był poetą i nie każdy potrafił pleść frazesy, które często były tylko ślicznymi kłamstwami, a Laurent i tak ich pragnął. Mógł dać się oszukać, jeśli tylko szczęście wybije się ponad tą stale smutną codzienność. Leviathan poetą nie był, ale nie musiał być. Nigdy nie oczekiwał od niego zwrotek i wersetów, których nie powstydziłby się Byron i Szekspir razem wzięci. Jego parę prostych słów potrafiło skutecznie przyśpieszyć jego tętno. Odnajdywał piękno właśnie tam, gdzie leżała prostota tego smoka, a zarazem gdzie drzemała głębia jego potrzeb i doznań. Jest szczery - takie wrażenie sobą kreował Leviathan Rowle. Jak smoki, które były brutalne, które były bezwzględne, ale w ich ruchach nigdy nie było fałszu. Były wystarczająco silne, żeby brać dokładnie to, czego chciały.
- Jeśli jest wyczerpany, to nie czuję, żebym sięgnął jego dna. - Właśnie, kto wie? Może by rzeczywiście to uzupełnił? Bo Laurent był szalonym romantykiem. Wszystkie te małe, maleńkie gesty były pożywką dla tego kwitnącego pola. Nawozem, świeżością, spulchnieniem ziemi, by była wydajniejsza. To one sprawiały, że wyrastały mu skrzydła, które potem mógł pozwolić wyrwać takiemu Leviathanowi Rowle. To był cały taniec, by nie stracić za dużo. Daj chociaż kilka gram swoich dobrych słów, chociaż dwa spojrzenia, zapewnij o słodkości, a zaprowadzę cię do Nieba. Ulotnie, masz rację, bo na jedną noc. Po niej wszystko się mogło rozpłynąć i wrócić do codzienności. Może to dlatego kiedyś było im po prostu dobrze? Bo Laurent cenił to, co było takie ulotne i nie szukał tego, co chciałoby go zamknąć w klatce i zatrzymać przy sobie na stałe. Przez te miesiące to zweryfikował - jak bardzo nie nadawał się do tego, żeby oszczędzić siebie samego dla jednej osoby. - Jak to było...
Gdzie Dove jest strugą małą;
Nikt o niej słowa pochwały nie rzekł,
Niewielu ją kochało;
Fiołek, za omszały kamień
Schowany wpół przed okiem.
Piękna jak gwiazda, kiedy sama
Na niebie lśni wysokim;
Nie, ten mężczyzna nie był skowronkiem, ale to nie skowronki rozpalały najwięcej pragnień w Laurencie. Najwięcej pragnień wyzwalali w nim ci, którzy wydawali się zdolni po połamania wszystkich jego kości. Ci, którzy mimo tej mocy wcale nie chcieli tego zrobić, nawet jeśli zostawiali mapę swoich podróży odciskami na jego ciele. Mógł tak się miotać między "boję się bólu", a "daj mi go więcej", a wszystko i tak zanikało w nieograniczonym pragnieniu, żeby dostać od drugiej strony w s z y s t ko. Być dla takiego smoka owieczką na pożarcie - to był przywilej, nie kara. To była pielęgnacja smoczego apetytu, pobudzanie go, by potem dostać od niego to wymarzone "wszystko i jeszcze więcej".
Przesunął swoje dłonie na biodra mężczyzny i tak zsunęły się też z umięśnionego ciała, gdy ten się odsunął. Tak wolno. Z takim rozmysłem. Piękne kłamstwa i Piękne Kłamstwo. Laurent uśmiechnął się filuternie, podnosząc z miejsca, które zostało mu zaoferowane do siedzenia. W żadnym wypadku nie trzeba było go bardziej do tego zachęcać.