Zaczął coś nucić pod nosem, gdy płynny ogień już przepłynął mu przez gardło. Kończył właśnie żałobę, zorientował się. Jeszcze dwa dni i odejdzie od czerni, zaniesie ostatni bukiet w okresie całkowitej ciemności. Uśmiechnął się sam do siebie. Kochał swojego brata, a jego brat kochał jego, nie chciałby abo Morpheus spędził resztę życia w rozpaczy za tym co było. W końcu należał bardziej do przyszłości. Odrzucił na chwilę głowę do tyłu i stał tak, jakby napawał się niewidocznym blaskiem bogini, które go oblało.
— Erik — zwrócił się do bratanka, schodząc ze stołu na podłogę. Prawie spadł z niego, bo okazało się, że zaplątał się o rąbek szaty, który sam sobie przydepnął podczas pięknego toastu, jaki wygłosił na rzecz wielbienia miłości i piękna. — Nie sądzisz, że jestem za stary na Norę? Chyba próbuje nas zeswatać, żebyś była Longbottomem też z nazwiska.
Westchnął ciężko, rozlewając kolejną kolejkę, bez zastanowienia i przerwy. Jeden kieliszek dla Nory, jeden dla Erika, jeden dla niego. Zauważył, że na dnie jest już tylko resztka, więc wychylił ją z gwinta. Wstał i zaczął szukać po szafkach kolejnej butelki cudownego wytworu Malwy, który następnego dnia wywoła u nich absolutnego kaca i niechęć do całego świata. Zaglądał do kuchennych szafek, jedna po drugiej, wspinał się na palce, aby dosięgnąć wyżej, nie grzesząc wzrostem tak jak bratanek.
— Nie zrozum mnie źle, Noro, jesteś przepiękną kobietą i mówiąc szczerze, bardzo chętnie... — w porę się zreflektował i puścił do niej tylko oczko. Alkohol mocno rozwiązywał mu język, ale niedostatecznie mocno, aby wypowiadać na głos niemoralne propozycje. Zwłaszcza pod wpływem, ponieważ mógłby wtedy wpaść na pomysł monogamicznego trójkąta, a jednak wolał, aby o czasozmieniaczu wiedziała tylko najbliższa rodzina. To niestety wykluczało Norę. — Sądzę jednak, że jest pani młoda... to znaczy, jesteś i zasługujesz na szczęście i miłość. Ja nie wiem, czy potrafię jeszcze kochać kogokolwiek. W taki sposób oczywiście. Was wszystkich kocham całym sercem i wszedłbym w każdy debilny ogień... Nie, to nie tak szło. Wszedłbym za wami w ogień i dołączył do każdego durnego pomysłu.
Zaśmiał się, marszcząc przy tym zabawnie nos.
— Ha! Mam! — powiedział, wychodząc niemal na czworakach z głębokiej szafki na dole i unosząc tryumfalnie kolejną butelkę nieoznakowanego trunku w górę. Mieli zdecydowanie co pić jeszcze przez najbliższą godzinę. Wrócił do stołu, postawił pośrodku blatu butelkę i usiadł, po czym wstał, zdjął z siebie długie jardy szaty, zostając tylko w czarnej lnianej koszuli i spodniach. Nie chciał rozwalić sobie i tak garbatego nosa podczas alkoholizacji.