06.02.2024, 18:16 ✶
- Gdyby to było takie proste - mruknęła, a z ust wyrwało się jej westchnienie. Czy chciałaby zadbać o ich bezpieczeństwo? Oczywiście. Ale przecież nie mogła u nich zamieszkać i być tam dwadzieścia cztery godziny na dobę.
I nawet gdyby to zrobiła, wcale nie było powiedziane, że zdołałaby ich ochronić. Była tylko przeciętną czarodziejką, nikim więcej, nikim mniej. Owszem, wyszkoloną właśnie do walki i pewnie mającą większe szanse w walce ze śmierciożercami niż ta para, ale to, czy dałaby radę, zależałoby od liczby przeciwników i na kogo by trafili.
Nie znaczyło to jednak, że nie miała zamiaru z nimi porozmawiać i nie zastanowić się, w jaki sposób im pomóc. Brenna obawiała się jednak, że ta możliwa pomoc okaże się... żałośnie mała.
- Jasne, możemy do nich podejść, mam jeszcze chwilę - powiedziała po prostu, rzucając ostatnie spojrzenie na opustoszały dom. Nie było co tutaj stać. Parkerowie nie wrócą - i może dobrze. Chociaż Brennie nie podobało się, że ludzie musieli uciekać, by ratować życie, czasem ucieczka stawała się jedyną możliwością. Przynajmniej nie znajdą ich za kilka dni martwych...
- Ja? Wszystko w porządku. Po prostu w Departamencie trochę więcej zamieszania - powiedziała, posyłając mu uśmiech. - Ostatecznie jestem czystej krwi.
To nie tak, że nie ufała Leonowi, ale nie chciała go w to wciągać. Na tym etapie, gdy chyba nikt poza Dumbledorem może nie rozumiał w pełni sytuacji. nie zdawało się to konieczne. Nie miała zamiaru przyznawać, że jest w cokolwiek zaangażowana. Ani że owszem, boi się o rodzinę. Zwłaszcza o kuzynki, bo one były półkrwi, "skaza na honorze rodów czystokrwistych". Chociaż po zastanowieniu - jej brat przecież też rzucał się w oczy.
O siebie się nie bała. Nie dlatego, że zakładała, że jest bezpieczna - nikt nie był, czysta krew i fakt, że zdawała się nieszkodliwym pajacem wcale nie chronił przed tym, że ktoś postanowi dać nauczkę komuś, kto nie pluje na mugoli - ale po prostu o nich myślała bardziej.
Odwróciła się i ruszyła powoli ścieżką, kierując się z powrotem ku Dolinie Godryka, zostawiając za sobą dom Parkerów.
Dłonie wsunęła do kieszeni płaszcza, zarówno po to, by ochronić je przed chłodem, jak by prawa mogła w dowolnej chwili zacisnąć się na różdżce. Zwyczaj, który powoli kształtował się u Brenny w ostatnich dniach. W ich domu zawsze trzymało się różdżkę w zasięgu ręki, ale teraz nawet to zdawało się jej za mało...
I nawet gdyby to zrobiła, wcale nie było powiedziane, że zdołałaby ich ochronić. Była tylko przeciętną czarodziejką, nikim więcej, nikim mniej. Owszem, wyszkoloną właśnie do walki i pewnie mającą większe szanse w walce ze śmierciożercami niż ta para, ale to, czy dałaby radę, zależałoby od liczby przeciwników i na kogo by trafili.
Nie znaczyło to jednak, że nie miała zamiaru z nimi porozmawiać i nie zastanowić się, w jaki sposób im pomóc. Brenna obawiała się jednak, że ta możliwa pomoc okaże się... żałośnie mała.
- Jasne, możemy do nich podejść, mam jeszcze chwilę - powiedziała po prostu, rzucając ostatnie spojrzenie na opustoszały dom. Nie było co tutaj stać. Parkerowie nie wrócą - i może dobrze. Chociaż Brennie nie podobało się, że ludzie musieli uciekać, by ratować życie, czasem ucieczka stawała się jedyną możliwością. Przynajmniej nie znajdą ich za kilka dni martwych...
- Ja? Wszystko w porządku. Po prostu w Departamencie trochę więcej zamieszania - powiedziała, posyłając mu uśmiech. - Ostatecznie jestem czystej krwi.
To nie tak, że nie ufała Leonowi, ale nie chciała go w to wciągać. Na tym etapie, gdy chyba nikt poza Dumbledorem może nie rozumiał w pełni sytuacji. nie zdawało się to konieczne. Nie miała zamiaru przyznawać, że jest w cokolwiek zaangażowana. Ani że owszem, boi się o rodzinę. Zwłaszcza o kuzynki, bo one były półkrwi, "skaza na honorze rodów czystokrwistych". Chociaż po zastanowieniu - jej brat przecież też rzucał się w oczy.
O siebie się nie bała. Nie dlatego, że zakładała, że jest bezpieczna - nikt nie był, czysta krew i fakt, że zdawała się nieszkodliwym pajacem wcale nie chronił przed tym, że ktoś postanowi dać nauczkę komuś, kto nie pluje na mugoli - ale po prostu o nich myślała bardziej.
Odwróciła się i ruszyła powoli ścieżką, kierując się z powrotem ku Dolinie Godryka, zostawiając za sobą dom Parkerów.
Dłonie wsunęła do kieszeni płaszcza, zarówno po to, by ochronić je przed chłodem, jak by prawa mogła w dowolnej chwili zacisnąć się na różdżce. Zwyczaj, który powoli kształtował się u Brenny w ostatnich dniach. W ich domu zawsze trzymało się różdżkę w zasięgu ręki, ale teraz nawet to zdawało się jej za mało...
Postać opuszcza sesję
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.