06.02.2024, 19:41 ✶
Rodolphus z trudem powstrzymał się przed wywróceniem oczami. Nie znał Morpheusa na tyle, by się przygotować na tego typu pierdolenie. Ostatnio Lestrange był nie w formie przez wzgląd na czerwcowe wydarzenia, normalnie pewnie machnąłby metaforycznie ręką na tę wstawkę, lecz dzisiaj poczuł ukłucie irytacji. Wracał do normy, ale potrzebował więcej czasu, niż zakładał, by odzyskać panowanie nad sobą. Dobrze, że pamiętał by nałożyć na znak zaklęcie maskujące - raz, jedyny raz zapomniał i to właśnie w czerwcu. Co nie skończyło się źle, ale wyrzucał sobie, że ostatnio popełnia zbyt dużo błędów. Teraz jednak poczuł chęć by wszystko ujawnić - wolałby siedzieć w Azkabanie do końca życia, niż słuchać tego typu rozmów. Wzniósł oczy ku sufitowi i westchnął. Na szczęście temat ucięła Brenna, czego w zasadzie się nie spodziewał.
Wyszło na to, że schodził jako pierwszy. Niech i tak będzie. Ruszył po schodach do piwnicy, wyszeptując ciche "lumos". Nie to, że nie ufał różdżce Brenny, bo chcąc nie chcąc nie mógł odmówić jej umiejętności, lecz wolał mieć własne źródło światła. Lestrange ostrożnie stawiał kroki, bo mimo iż Longbottom i jej partner powinni zdjąć ewentualne zabezpieczenia, tak zbyt wiele razy już zaufał ludziom, którzy pojawiali się na jego drodze. I jak skończył? No właśnie. Zajrzał do środka, unosząc brew. Niemal czuł, jak włosy na głowie i całym ciele lekko się unoszą, gdy patrzył na błękitne wyładowania magiczne. Latające przedmioty również nie były czymś normalnym, szczególnie że nie było tu już czarodzieja, odpowiedzialnego za to zjawisko. Zrobił miejsce drugiemu Niewymownemu, skupiając wzrok na klepsydrze, którą ujrzał. Wystarczyło jednak zaledwie mrugnięcie, by jej już nie było. Brenna tym razem nie żartowała.
- Myślę, że trzeba... - nie dokończył swojej wypowiedzi, bo światło rozbłysło po raz kolejny, tym razem mocniej. Lestrange odruchowo zasłonił przedramieniem oczy i zacisnął powieki. - To nie jest zabawne, Longbottom.
To był chyba pierwszy raz, gdy powiedział coś do niej ostrym tonem. Nie to, że byli przyjaciółmi, ba - nie byli nawet znajomymi, ale przez te lata pracy w Ministerstwie zdążyli zamienić kilka słów i Rodolphus zawsze był do porzygu uprzejmy w stosunku do brygadzistki. Rodolphus wszedł do środka, zaciskając długie palce na różdżce. Nic tu jednak nie wyglądało tak, jak przed kilkoma minutami. Nic nie lewitowało, zniknęły niebieskie wyładowania. Pozostały tylko regały, zapełnione przetworami. Był w trakcie oględzin, gdy usłyszał głos kobiety, dochodzący z góry.
Przełknął przekleństwo, cisnące mu się na ustach, a potem ruszył w stronę drzwi szybszym krokiem, niż powinien. Stanął za kobietą i wyjrzał przez drzwi. Tym razem jednak Brenna nie uniknie zwalenia winy na nią samą.
Wyszło na to, że schodził jako pierwszy. Niech i tak będzie. Ruszył po schodach do piwnicy, wyszeptując ciche "lumos". Nie to, że nie ufał różdżce Brenny, bo chcąc nie chcąc nie mógł odmówić jej umiejętności, lecz wolał mieć własne źródło światła. Lestrange ostrożnie stawiał kroki, bo mimo iż Longbottom i jej partner powinni zdjąć ewentualne zabezpieczenia, tak zbyt wiele razy już zaufał ludziom, którzy pojawiali się na jego drodze. I jak skończył? No właśnie. Zajrzał do środka, unosząc brew. Niemal czuł, jak włosy na głowie i całym ciele lekko się unoszą, gdy patrzył na błękitne wyładowania magiczne. Latające przedmioty również nie były czymś normalnym, szczególnie że nie było tu już czarodzieja, odpowiedzialnego za to zjawisko. Zrobił miejsce drugiemu Niewymownemu, skupiając wzrok na klepsydrze, którą ujrzał. Wystarczyło jednak zaledwie mrugnięcie, by jej już nie było. Brenna tym razem nie żartowała.
- Myślę, że trzeba... - nie dokończył swojej wypowiedzi, bo światło rozbłysło po raz kolejny, tym razem mocniej. Lestrange odruchowo zasłonił przedramieniem oczy i zacisnął powieki. - To nie jest zabawne, Longbottom.
To był chyba pierwszy raz, gdy powiedział coś do niej ostrym tonem. Nie to, że byli przyjaciółmi, ba - nie byli nawet znajomymi, ale przez te lata pracy w Ministerstwie zdążyli zamienić kilka słów i Rodolphus zawsze był do porzygu uprzejmy w stosunku do brygadzistki. Rodolphus wszedł do środka, zaciskając długie palce na różdżce. Nic tu jednak nie wyglądało tak, jak przed kilkoma minutami. Nic nie lewitowało, zniknęły niebieskie wyładowania. Pozostały tylko regały, zapełnione przetworami. Był w trakcie oględzin, gdy usłyszał głos kobiety, dochodzący z góry.
Przełknął przekleństwo, cisnące mu się na ustach, a potem ruszył w stronę drzwi szybszym krokiem, niż powinien. Stanął za kobietą i wyjrzał przez drzwi. Tym razem jednak Brenna nie uniknie zwalenia winy na nią samą.