26.11.2022, 17:49 ✶
Ze wszystkich rzeczy na świecie, tego się nie spodziewał. Pełno miał w ostatnim czasie przypadków beznadziejnych, ale to? Po prawdzie, wkładanie ręki do klatki o bliżej nieokreślonej zawartości ze świadomością, że być może są tam jakieś zwierzęta nie należało do najrozsądniejszych, ale przecież Theseus Fletcher był odważnym łowczym. Nic, co zwierzęce nie jest mu obce!
Innego zdania mógł być na kilka minut później.
Z początku, zaraz po włożeniu ręki w koszyk uznał, że to jakieś żarty i w ogóle nic tam nie ma, dopóki nie udało mu się otrzeć co coś, co jeża jednak w dotyku nie przypominało. Zachęcony obietnicą znalezienia czegokolwiek, podwinął rękaw pomagając sobie drugą ręką, lekko się nad koszem pochylił i sięgnął głębiej.
- Nic tam nie m-aaaaAAA! – krzyknął, a słyszano go pewnie w promieniu trzech kolejnych straganów, czy na polanach, gdzie porozrzucano jajka. Już chciał się wycofać, kiedy coś lub… ktoś… szarpnęło go za rękaw. Wywrócił się prawie, w ostatnim momencie zapierając nogami mocniej. Szarpał się chwilę, ktoś tam z obecnych przy nim, zaczął mu pomagać, czuł jak coś wbija mu się w skórę i zaczyna przesuwać w dół ręki, klął ma Merlina w duchu, na zewnątrz utrzymywał zaciętą minę, by w końcu wyrwać poszarpaną i pokrwawioną rękę z więzienia brutalnych szponów.
- Cholera jasna! – rzucił, ni to do Sally, ni to do siebie, patrząc na uniesioną w górze, poturbowaną dłoń. I choć chciał kopnąć w kosz, odsunął się od niego na bezpieczną odległość.
Innego zdania mógł być na kilka minut później.
Z początku, zaraz po włożeniu ręki w koszyk uznał, że to jakieś żarty i w ogóle nic tam nie ma, dopóki nie udało mu się otrzeć co coś, co jeża jednak w dotyku nie przypominało. Zachęcony obietnicą znalezienia czegokolwiek, podwinął rękaw pomagając sobie drugą ręką, lekko się nad koszem pochylił i sięgnął głębiej.
- Nic tam nie m-aaaaAAA! – krzyknął, a słyszano go pewnie w promieniu trzech kolejnych straganów, czy na polanach, gdzie porozrzucano jajka. Już chciał się wycofać, kiedy coś lub… ktoś… szarpnęło go za rękaw. Wywrócił się prawie, w ostatnim momencie zapierając nogami mocniej. Szarpał się chwilę, ktoś tam z obecnych przy nim, zaczął mu pomagać, czuł jak coś wbija mu się w skórę i zaczyna przesuwać w dół ręki, klął ma Merlina w duchu, na zewnątrz utrzymywał zaciętą minę, by w końcu wyrwać poszarpaną i pokrwawioną rękę z więzienia brutalnych szponów.
- Cholera jasna! – rzucił, ni to do Sally, ni to do siebie, patrząc na uniesioną w górze, poturbowaną dłoń. I choć chciał kopnąć w kosz, odsunął się od niego na bezpieczną odległość.