Gdy tylko zobaczył słoiki, które niszczyły się i pojawiały, wiedział, co jest tu nie tak, ale nie zdążył powiedzieć, aby się cofnęli. Znał tę sytuację, to czasozmieniacz, a przynajmniej jakaś podrobiona wersja. Twórcy, jeśli ich można tak nazwać, bardzo często nie rozumieli, z czym mają do czynienia, że to bomba atomowa magii. Bo czasozmieniaczy się nie wytarza, je się spotyka w momencie, gdy się pojawiają, gdyż to świat istnieje dookoła nich, one są w każdym momencie istnienia. Wszędzie. Komnatę Czasu kochał niemal tak samo, jak komnatę przepowiedni i w jego głowie były one nierozłączne. I to właśnie kogoś z tej komnaty potrzebowali w tej chwili, a nie wieszcza i badacza mózgów w formalinie.
Przetarł oczy, w których błyskały mroczki od nagłego światła i tegoż zaniku.
— Sytuacja zmusza nas do przejścia na ty, Rodolphusie, żeby uniknąć nieporozumień — powiedział, rozglądając się po pomieszczeniu, jakby był na wycieczce krajoznawczej. Brakowało jedynie, żeby wyciągnął mugolski aparat z XIX wieku i zaczął wykonywać fotografie. Zachował spokój i zadowolony wyraz twarzy. To nie tak, że nie obawiał się, co mogło im grozić, raczej uważał, że zagrożenie nie wyskoczy jak pajac z pudełka, lecz zacznie ich zgniatać przestrzenią i czasem, czymś, z czym nie da się walczyć.
— Cokolwiek widzicie, cokolwiek zobaczycie, jeśli zobaczycie siebie samych, nie dajcie się zabić i nie zabijcie drugiej wersji. Zrozumiano? — mógł być dziwakiem, który modlił się do bogów i wróżył z poruszającego się kryształu na łańcuszku, ale oprócz tego przeżył w Departamencie Tajemnic przez szesnaście lat ciągiem; Rodolphus umiał czarować krócej, niż Morpheus schodził do obsydianowych komnat Ministerstwa. Oddychał magią, która doprowadzała innych do szaleństwa. Czasami żartował, gdy któryś z młodszych Niewymownych próbował mu coś tłumaczyć, że był obecny, kiedy prawo było pisane. Oczywiście, zawsze z humorem i pewnym czarem, który sprawiał, że zapominano o jego stażu.
Poszedł za Brenną i Rodolphusem, ściskając w dłoni swoją różdżkę i dotykając bezwiednie łańcuszka z własnym zmieniaczem czasu. Pozorność postawy zdradzało jedynie napięcie na ramionach, które bratanica mogła wyłpać bardzo szybko. Idąc, mówił dalej:
— Wygląda mi to na czasową pułapkę. Nie obiecuję wam, że wyjdziemy w tym samym czasie, w którym weszliśmy. I mówię tutaj o latach, nie godzinach — jego głos brzmiał niemal przepraszająco wobec dwójki młodych czarodziejów. — Nie pułapkę. Dziurę w czasie. Miejsce, gdzie coś, dookoła czego zawija się wszechświat, zostało uszkodzone.