07.02.2024, 03:55 ✶
Badania jakie prowadziła pod przewodnictwem Morpheusa, zawsze wydawały jej się całkiem śmiesznym epizodem w jej życiu. Były rozwijające, to prawda, a i mogła z zadowoleniem stwierdzić, że wyniosła z nich znajomość z siedzącym teraz obok niej Longbottomem. Prawdę jednak powiedziawszy, nie były jej do niczego potrzebne, tym bardziej że jej ojciec chętniej widział ją w Komnacie Śmierci, chcąc żeby dołączyła do jej brata. Wróżby natomiast, cóż, mimo posiadania żony wróżbitki, Aurelius traktował nieco po macoszemu i nie oddając im należnego uznania. Nie dostała się więc ani za pierwszym podejściem, ani za żadnym innym, ale w pewnym momencie swojego życia doszła do wniosku, że może to jednak dobrze. Bo inaczej, gdyby się jednak namyśliła i dostała do takiej Komnaty Przepowiedni, to nawet jeśli z przyjemnością dzieliłaby czas pracy z Morpheusem, to musiałaby jeszcze robić to z Alexem.
Rosie nigdy nie była osobą przesadnie uduchowioną. Ciężko było zobaczyć ją w kowenie w sprawach innych niż rodzinne lub związane z nauką egzorcyzmów i wywoływania duchów, a same sabaty traktowała raczej jak okazję do zabawy niż wznoszenia modłów. Mogła sobie wtedy pochodzić między straganami i pooglądać ładne rzeczy, a potem zaszyć się w domu i spędzać dzień tak, jak jej się to podobało. Nie znaczyło to jednak, że nie lubiła tych jego wywodów o bogach, bo te chłonęła niczym gąbka, z właściwym dla siebie zaciekawieniem. Była jednak gotowa wykłócać się o pewne kwestie, bo absolutnie nie odpowiadało jej, że sposób w jaki Morpheus przedstawiał jej rzeczy, nie było wiele miejsca na wybór. A nawet jeśli wydawało się to najłatwiejszym rozwiązaniem, zbyt przyzwyczajona była do prób zawracania rzeki patykiem, a to przecież robiła całe swoje życie.
Nie spotkała tego słońca, ale obiecała też sobie, że nigdy nie zobaczy go na oczy. Na przekór samej sobie i po złości, chociaż sama nie wiedziała, kogo właściwie ta decyzja miała najbardziej skrzywdzić.
- A które w takim razie podobało ci się bardziej? To greckie czy to nasze, angielskie? - zapytała, mrużąc przy tym oczy, z pewną dziwną podejrzliwością. Ale może taka była jej uroda, że od pewnego czasu próbowała zamknąć się na wszystko to, co przenikałoby ją na wskroś. Znała to uczucie, w tym słodkim, najmilszym sercu znaczeniu, ale jednocześnie na jej ustach wciąż pozostawała gorycz, którą po sobie zostawiło to uczucie, kiedy wreszcie przeminęło. Kiedy przestało trwać nieustannie i zostawiło ją w chłodzie, drżącą od płaczu.
Może nie samo słońce ją tutaj drażniło, ani nie sam Apollo, a to co widziała w swoich kartach, kiedy wyciągała z talii dziewiętnasty przystanek w podróży Głupca. Cholerne Słońce, które przypominało o tym jak zaślepiona była jego blaskiem i jak ukochała sobie to ciepło, które przejmowało ją kiedy znajdowała się blisko niego.
- Jeśli cię to pocieszy, na Nokturn nie przychodzą raczej osoby bez osobowości - uśmiechnęła się cierpko, na wspomnienie nazwiska Mulcibera zwyczajnie prychając z niechęcią. Jeszcze wczorajszego dnia rano się o niego zamartwiała, tylko po to, żeby wieczorem wyklinać go kłócić się z nim listownie. I wciąż, mimo ze w gruncie rzeczy to postawiła na swoim, była na niego obrażona.
Uśmiechnęła się delikatnie, kiedy poczuła jego chłodny dotyk na swoim policzku. Przez krótką chwilę chłonęła to uczucie, zanim wreszcie oplotła jego rękę swoimi palcami, na moment całując go w wierzch dłoni, zanim oparła o nią podbródek. Mogła mówić, ale prawda była taka, że nigdy nie była pewna jak wypowiadać prawdę. Jak kształtować słowa tak, żeby przynosiły ukojenie, bo sama leczyła żale zupełnie innym rodzajem bliskości.
- Oboje ją opłakujemy - powiedziała cicho, nawet jeśli ich tragedie nie były sobie równe, bo przecież ona nie straciła nikogo bezpowrotnie, ale oboje mieli teraz w sercach puste, ciemne zakamarki, wcześniej zapełnione bliskością drugiej osoby, a teraz poczuciem winy.
Rosie nigdy nie była osobą przesadnie uduchowioną. Ciężko było zobaczyć ją w kowenie w sprawach innych niż rodzinne lub związane z nauką egzorcyzmów i wywoływania duchów, a same sabaty traktowała raczej jak okazję do zabawy niż wznoszenia modłów. Mogła sobie wtedy pochodzić między straganami i pooglądać ładne rzeczy, a potem zaszyć się w domu i spędzać dzień tak, jak jej się to podobało. Nie znaczyło to jednak, że nie lubiła tych jego wywodów o bogach, bo te chłonęła niczym gąbka, z właściwym dla siebie zaciekawieniem. Była jednak gotowa wykłócać się o pewne kwestie, bo absolutnie nie odpowiadało jej, że sposób w jaki Morpheus przedstawiał jej rzeczy, nie było wiele miejsca na wybór. A nawet jeśli wydawało się to najłatwiejszym rozwiązaniem, zbyt przyzwyczajona była do prób zawracania rzeki patykiem, a to przecież robiła całe swoje życie.
Nie spotkała tego słońca, ale obiecała też sobie, że nigdy nie zobaczy go na oczy. Na przekór samej sobie i po złości, chociaż sama nie wiedziała, kogo właściwie ta decyzja miała najbardziej skrzywdzić.
- A które w takim razie podobało ci się bardziej? To greckie czy to nasze, angielskie? - zapytała, mrużąc przy tym oczy, z pewną dziwną podejrzliwością. Ale może taka była jej uroda, że od pewnego czasu próbowała zamknąć się na wszystko to, co przenikałoby ją na wskroś. Znała to uczucie, w tym słodkim, najmilszym sercu znaczeniu, ale jednocześnie na jej ustach wciąż pozostawała gorycz, którą po sobie zostawiło to uczucie, kiedy wreszcie przeminęło. Kiedy przestało trwać nieustannie i zostawiło ją w chłodzie, drżącą od płaczu.
Może nie samo słońce ją tutaj drażniło, ani nie sam Apollo, a to co widziała w swoich kartach, kiedy wyciągała z talii dziewiętnasty przystanek w podróży Głupca. Cholerne Słońce, które przypominało o tym jak zaślepiona była jego blaskiem i jak ukochała sobie to ciepło, które przejmowało ją kiedy znajdowała się blisko niego.
- Jeśli cię to pocieszy, na Nokturn nie przychodzą raczej osoby bez osobowości - uśmiechnęła się cierpko, na wspomnienie nazwiska Mulcibera zwyczajnie prychając z niechęcią. Jeszcze wczorajszego dnia rano się o niego zamartwiała, tylko po to, żeby wieczorem wyklinać go kłócić się z nim listownie. I wciąż, mimo ze w gruncie rzeczy to postawiła na swoim, była na niego obrażona.
Uśmiechnęła się delikatnie, kiedy poczuła jego chłodny dotyk na swoim policzku. Przez krótką chwilę chłonęła to uczucie, zanim wreszcie oplotła jego rękę swoimi palcami, na moment całując go w wierzch dłoni, zanim oparła o nią podbródek. Mogła mówić, ale prawda była taka, że nigdy nie była pewna jak wypowiadać prawdę. Jak kształtować słowa tak, żeby przynosiły ukojenie, bo sama leczyła żale zupełnie innym rodzajem bliskości.
- Oboje ją opłakujemy - powiedziała cicho, nawet jeśli ich tragedie nie były sobie równe, bo przecież ona nie straciła nikogo bezpowrotnie, ale oboje mieli teraz w sercach puste, ciemne zakamarki, wcześniej zapełnione bliskością drugiej osoby, a teraz poczuciem winy.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror