Aż musiała wytrzeszczyć na niego oczami.
– Burger, lody i napój wiśniowy? – powtórzyła za nim i od razu pomyślała sobie, jak to lekarz, jak bardzo zabójcze było to połączenie, a przecież nawet nie wyszli jeszcze na parkiet i żadne nie zmęczyło się tak, że trzeba było zjeść… aż tyle! Ale gdy już to powiedziała na głos, to dopiero zobaczyła uśmieszek mężczyzny i sama się uśmiechnęła, kręcąc przy tym nieznacznie głową.
Sama nie zamierzała się upijać, ledwie trochę rozluźnić, spróbować czegoś nowego, innego – bo nie wątpiła, że alkohole mugoli różniły się od tych sprzedawanych w czarodziejskich knajpach. Na pewno były inne z nazwy (a już zwłaszcza porównując do Egiptu), ale czy z efektów? Sądziła, że właśnie tak będzie. No i nigdzie nie widywała też kremowego piwa, dlatego właśnie wydawało jej się, że niemagowie mają kompletnie inne gusta i sposoby na alkohol. I miała rację. Drink, którego zamówił dla niej Cathal, i którego jej podsunął, nie był niczym, co znałaby z magicznego świata. Nie wybuchał, nie działo się z nim nic ciekawego, aż uniosła wysoką szklankę, by spojrzeć z bliska, a po chwili oglądania, dopiero się napiła.
Był dobry, całkiem słodki, ale bez przesady. I… chyba był dość mocny? A może taki jawił się na jej niespecjalnie wyćwiczoną pod tym względem głowę.
– Nie wiem nawet, do czego porównać te ruchy. To chyba nie jest żaden układ taneczny – rzuciła i nawet nie dokończyła swojej myśli, przyglądając się tańczącym ludziom, gdy w głośnikach, przez mikrofon (to też całkiem ciekawe diabelstwo, w końcu czarodzieje załatwiali to zaklęciem na struny głosowe), ogłoszono konkurs. Ludzie przestali tańczyć, muzyka ucichła, Ginewra spokojnie sączyła swojego drinka, ciekawa co się teraz stanie…
Może powinna postawić sobie tarota przed wyjściem, ale była zbyt zaaferowana malowaniem się, układaniem włosów i wybieraniem ciuchów, by w ogóle pomyśleć o spojrzeniu w karty. Bo gdy niebieskie światło spoczęło właśnie na niej, przyłapanej przy barze, z drinkiem przy ustach, i aż uniosła spojrzenie, by zobaczyć źródło tego błękitnego światła, to dostrzegła w gdzieś w tłumie takie same, zatrzymane na jakimś mężczyźnie. I nie był to Cathal, o nie. On dostał, jakże gustowne, różowe.
Nefret przełknęła kolejnego łyka, spojrzała ile drinka jeszcze jej zostało i dopiero wtedy przeniosła wzrok na swojego towarzysza…
Czy może powinna powiedzieć: rywala?
– Pewnie tak – odparła i poczuła mocniejsze uderzenie serca. To było dla niej całkowicie nowe, nawet trochę tutaj nie potańczyła z osobą, z którą przyszła, nie przyzwyczaiła się do atmosfery, nie zdążyła mieć całkowicie gdzieś tego, jak się rusza i co mogą pomyśleć ludzie, a przy Shafiqu czułaby się dużo pewniej… I jednocześnie czuła to znajome pociągnięcie, radość. Konkursy! Uwielbiała konkursy! Uwielbiała rywalizować, uwielbiała wygrywać! Tyle że dużo bardziej wolałaby rywalizować z Cathalem przeciwko innym, a nie przeciwko niemu.
No ale… Nie spojrzała w karty. I nie była też osobą, która takich sytuacji nie obracała na swoją korzyść. Uśmiechnęła się więc pod nosem, upiła jeszcze łyk i odłożyła szlankę na blat za sobą.
– Nie martw się – powiedziała do niego nieco głośniej, po czym zsunęła się z wysokiego barowego krzesła. – Nie ma znaczenia, czy wygrasz, czy przegrasz, ważne jest, co zrobisz ze swoimi butami do tańca – nie, nie miało znaczenia czy wygra czy przegra, bo oczywiste było, że to ona wygra! A przynajmniej właśnie w to wierzyła. Cathal mógł dostrzec błysk w jej oczach chwilę przed tym, jak rzuciła mu powłóczyste spojrzenie. – Powodzenia!