Pełną dyskrecję miała tylko w zaciszu własnej głowy, zasnutej szalem oklumencji, którym okrywała się tak, jakby miał obronić ją przed złem tego świata, i sprawić, że będzie jej cieplej. Nie było. Nic nie było w stanie sprawić, by czuła choć gram tego fizycznego ciepła, nawet wyjście na słońce, nawet gorąca kąpiel, nawet… wsadzenie ręki prosto w rozgrzany ogień. Wszystko było takie, jakby coś w jej ciele wchłaniało to ciepło dokądś i nie zamierzało jej go oddać. Tak czy siak, nie wierzyła w dyskrecję nieznajomych osób. A nawet jeśli – mogli się wygadać przypadkiem. A ona wolała kontrolować, co komu mówiła; wbrew pozorom wcale nie było wielu osób, którym bezgranicznie ufała. A Leon taką osobą z pewnością nie był, ledwie się kojarzyli – ba, musiała przeszukać meandry swojej pamięci, by wyłuskać jego imię. To jednak całkiem się nie zatopiło. Może i miał dobre intencje, to nie tak, że Victoria od razu zakładała, że zaczepiający ją ludzie, chcą ją w jakiś sposób wykorzystać. Po prostu… ograniczone zaufanie.
– Do tej pory raczej nie wierzyłam w cykl, Limbo i tak dalej – nigdy wcześniej nie miała kontaktu z Limbo… Najwyraźniej takiego kontaktu nikt nie miał, skoro ich czwórka była jedynym w swoim rodzaju przypadkiem. Nic dziwnego, ze to tak przykuwało zainteresowanie ludzi, w tym Leona. Lestrange starała sobie przypomnieć co o nim wie, gdy tak siedziała naprzeciwko niego. Był od niej rok starszy, to na pewno. Kojarzyła go też z Doliny Godryka. I zdawało jej się, że widywała go chyba naa… czwartym piętrze Ministerwstwa? Czym się zajmował? Leon mógł zauważyć, że czarownica się mu przygląda, ale jej wyraz twarzy był doprawdy kamienny, jak wykutej w kamieniu rzeźby. Nic dziwnego, że obcy ludzie brali ją raczej za… chłodną (teraz wręcz dosłownie) w obyciu. – Ale zobaczyłam i uwierzyłam – czy takie wyjaśnienie mu wystarczy? Nie zamierzała go przekonywać. Nikogo nie zamierzała. Jednak jej stosunek do wiary zmienił się całkowicie. Nie sądziła, że stanie się teraz jakąś gorliwą wyznawczynią, chodzącą na wszystkie nabożeństwa i sabaty, ale była pewna, że jej postrzeganie zmieniło się diametralnie. Po śmierci było pewnego rodzaju życie. I ona tego życia dotknęła własnym jestestwem. Ogień… Pochodzili z ognia. A ona tego ognia mogła dotknąć zawsze i wszędzie.
– Jak sobie przypomnę… – mruknęła z zastanowieniem. – To może się podzielę – a może nie. Miała świadomość, że pewne szczegóły zdążyły jej uciec, ale wiele zależało od tego, co miałaby sobie przypomnieć. Tym niemniej… Raczej nie przewidywała, że będzie z tym latać do obcych jej ludzi. Miała mnóstwo innych problemów na głowie i tak naprawdę mało kto był w stanie jej w ogóle pomóc. A Matka jej świadkiem, że niedługo tej pomocy będzie bardzo potrzebowała.
Westchnęła, patrząc smętnie na swój talerz. Nie wzięła sobie zbyt dużo, a i tak nie była w stanie wiele zjeść, czuła, że ma ściśnięty żołądek. A to zupełnie jak każdego innego dnia ostatnimi czasy. Pokręciła głową, jakby bardziej do siebie i przesunęła tacę.
– Chyba i tak nie dam rady zjeść – powiedziała w końcu, podzióbawszy w jedzeniu jak wróbelek, po czym wstała i delikatnie odsunęła swoje krzesło. – Będę się zbierać. Miłego dnia, Leonie – kiwnęła do niego głową i poszła odnieść swoją tacę i mało tknięte jedzenie. Nie, wcale nie znalazła sobie innego stolika; porwała ze sobą filiżankę z herbatą i faktycznie wyszła ze stołówki.