08.02.2024, 01:50 ✶
Tak, wypadałoby wysłuchać. Dlaczego tak naprawdę Lestrange nie udał się do nikogo ze swoich bliskich? Miał przecież kuzynów, kuzynki - bliższą i dalszą rodzinę. Na pewno miał jakichś znajomych, chociaż jeśli ktoś by się nad tym zastanowił przez dłuższą chwilę, to wokół Rodolphusa było pełno ludzi, którzy nie znaczyli dla niego nic. I vice versa - ktoś kiedyś zauważył, że Rodolphus marnuje swoją młodość. Najlepsze, młodzieńcze lata poświęca na naukę, angażuje się w tematy, o których w tym wieku nie powinien nawet myśleć. Zamiast kraść pocałunki czystokrwistych dam, brylować na balach - on zaszywał się z dala ludzkiego wzroku, chował się, odbijał ciekawskie spojrzenia i budował mur. Stawiał powoli, acz konsekwentnie, kamień na kamieniu. I co mu z tego przyszło?
Absolutnie nie wymagał od Nicholasa, by ten stał się jego powiernikiem czy wręcz mu doradzał. Nie znał go na tyle, by móc stwierdzić, że jest to odpowiednia osoba do prowadzenia tego typu rozmów. Travers jednak pytał, być może starał się zrozumieć sedno problemu? Ach, sedno... Lestrange właśnie tego spojrzenia potrzebował. Z boku, od osoby trzeciej - która spojrzy na wszystko z dystansu, bez zbędnych emocji. Nie chodziło o to, by Nicholas mu doradzał, ale by wysłuchał, zmarszczył brwi, pokręcił głową. To były gesty, które mu w zupełności wystarczały. Tym językiem posługiwał się na co dzień - językiem niedopowiedzeń i niedomówień.
- Nie jest godna mojego zaufania... - mruknął, pocierając palcem wskazującym usta. Jego spojrzenie spoczęło na postawionej przed chwilą szklance z whisky. Ręka sama do niej sięgnęła, niezbyt mocno zacisnęła się na szkle. Bandaż drażnił jego skórę, sprawiał że było mu niekomfortowo. Zwykle nie dopuszczał do tego, by cokolwiek mu się stało - a nawet najmniejsze zadrapania leczył niemal od razu, w ten czy inny sposób. Lecz teraz nie miał takiej możliwości. I być może nie chciał tego robić? Ten dyskomfort i ból stanowiły most pomiędzy tym, co znał i czego nie znał. - Nie, nie wspominała. Mieliśmy ostatnio serię niefortunnych zdarzeń, los podrzucił na naszą ścieżkę dzieci w różnej formie. Jedno było duchem, który przywiódł nas do opuszczonego domostwa. Kolejna dusza również była dzieckiem...
Zastanowił się. Jedyną osobą, która wiedziała o tym, co się stało z tą konkretną duszą, był Robert. Nie chciał wtajemniczać Nicholasa w tę opowieść, mimo że po części to zrobił te kilka dni temu. Ale Travers nie musiał i nie powinien znać szczegółów.
- Dziewczynka, tak jak poprzednia. I kolejna, na Lithe. Tym razem było to dziecko z krwi i kości. Zaczepiło ją, tak jak poprzednie. Nie wierzymy w przeznaczenie, Nick, ale to że Trix chciała jej pomóc, tak jak tej poprzedniej, samo wymusiło durny komentarz na moich ustach - cytując klasyka: tylko głupi by nie skorzystał. Rodolphus uniósł szklankę do ust i upił dość spory łyk alkoholu. Ostry płyn przyjemnie zapiekł nie tylko w wargi, ale i przełyk. To uczucie nie powinno być przyjemne: alkohol był zgubny i stanowił jeden z kamieni, którymi wybrukowane było piekło. Tylko czym było piekło tak naprawdę? Czyż nie żyli w jego odbiciu tu, na ziemi?
Na kolejne słowa Nicholasa Rodolphus zmarszczył brwi. Porady... Sam przecież przyznał, że nie był w związku. Co prawda wcześniej o tym nie wiedział, ale wiedział na tyle dużo by ogarnąć, że Travers nie miał oficjalnej żony czy narzeczonej. Może się z kimś spotykał - tego nie wiedział, nie śledził życia prywatnego współpracowników.
- Gdybym miał do wyboru Kocioł i most, wybrałbym most - prychnął w odpowiedzi, odstawiając szklankę. Miał przedziwne pojęcie poczucia własnej godności. - Jeśli chodzi o porady, to nie wydaje mi się, żeby o to chodziło. Wciąż nie myślę jasno, ale to miejsce wydaje mi się jednym z ostatnich bezpiecznych, które kojarzę.
Nie chciał mu się podlizać - wyraz twarzy mężczyzny świadczył o tym, że na nowo zaczął analizować wszystkie fakty. Bezpiecznie czuł się u siebie - ale to zostało pogrzebane pod stosem rozwalonych mebli. Bezpiecznie nie czuł się u Roberta, gdzie został wzięty w kleszcze i spotkał się z jego bliźniakiem i gdzie musiał (a może chciał?) złożyć przysięgę wieczystą. Bezpiecznie czuł się w ich wspólnej przestrzeni, poza granicami Londynu, lecz najwyraźniej resztka rozsądku odmówiła teleportacji właśnie tam.
- Nie, nie chcę - potwierdził, sięgając do wewnętrznej kieszeni. Wyciągnął różdżkę, którą obrócił leniwie w palcach lewej dłoni, zanim odłożył ją na stół. Dalej, niż powinien gdyby czuł się tu zagrożony. Gdyby chciał po nią sięgnąć nagle, straciłby cenne sekundy, mogące zaważyć o jego życiu. Być może była to drobnostka, odruch, lecz w gruncie rzeczy znaczyła naprawdę wiele. - Nie wiem co tam zastanę. Albo kogo. Wolałbym być przez pewien czas nieuchwytny dla niektórych osób.
Osób... Wiadomo było, że mówił o konkretnej personie.
- Mówiłeś o wysłuchaniu. Nie wiem na ile chcesz poznać żałosny wytwór mojego umysłu, ale podejrzewam, że tu chodzi o coś więcej, niż niefortunnie dobrane słowa podczas głupiego sabatu - mruknął, przesuwając wzrok na szklankę. Przesuwał ją wokół własnej osi, obserwując jak bursztynowy płyn faluje, rozbijając się o ścianki. - Mówiłeś, że nie jesteś w związku. Jak udało ci się odpędzić rodzinę od swoich prywatnych spraw?
Zapytał, bo najpewniej to właśnie go czekało w najbliższych miesiącach. Nie mógł tego ukrywać w nieskończoność. Był niezależny finansowo, lecz wciąż był zależny pod innymi względami. I nawet jeśli to nie była jego wina, to był mężczyzną - będą naciskać na naprawę stosunków między tą dwójką. A tego niekoniecznie chciał. Brak zaufania do osoby, z którą miało się żyć pod jednym dachem, dla Rodolphusa był od razu dyskwalifikacją na pełnej linii.
Absolutnie nie wymagał od Nicholasa, by ten stał się jego powiernikiem czy wręcz mu doradzał. Nie znał go na tyle, by móc stwierdzić, że jest to odpowiednia osoba do prowadzenia tego typu rozmów. Travers jednak pytał, być może starał się zrozumieć sedno problemu? Ach, sedno... Lestrange właśnie tego spojrzenia potrzebował. Z boku, od osoby trzeciej - która spojrzy na wszystko z dystansu, bez zbędnych emocji. Nie chodziło o to, by Nicholas mu doradzał, ale by wysłuchał, zmarszczył brwi, pokręcił głową. To były gesty, które mu w zupełności wystarczały. Tym językiem posługiwał się na co dzień - językiem niedopowiedzeń i niedomówień.
- Nie jest godna mojego zaufania... - mruknął, pocierając palcem wskazującym usta. Jego spojrzenie spoczęło na postawionej przed chwilą szklance z whisky. Ręka sama do niej sięgnęła, niezbyt mocno zacisnęła się na szkle. Bandaż drażnił jego skórę, sprawiał że było mu niekomfortowo. Zwykle nie dopuszczał do tego, by cokolwiek mu się stało - a nawet najmniejsze zadrapania leczył niemal od razu, w ten czy inny sposób. Lecz teraz nie miał takiej możliwości. I być może nie chciał tego robić? Ten dyskomfort i ból stanowiły most pomiędzy tym, co znał i czego nie znał. - Nie, nie wspominała. Mieliśmy ostatnio serię niefortunnych zdarzeń, los podrzucił na naszą ścieżkę dzieci w różnej formie. Jedno było duchem, który przywiódł nas do opuszczonego domostwa. Kolejna dusza również była dzieckiem...
Zastanowił się. Jedyną osobą, która wiedziała o tym, co się stało z tą konkretną duszą, był Robert. Nie chciał wtajemniczać Nicholasa w tę opowieść, mimo że po części to zrobił te kilka dni temu. Ale Travers nie musiał i nie powinien znać szczegółów.
- Dziewczynka, tak jak poprzednia. I kolejna, na Lithe. Tym razem było to dziecko z krwi i kości. Zaczepiło ją, tak jak poprzednie. Nie wierzymy w przeznaczenie, Nick, ale to że Trix chciała jej pomóc, tak jak tej poprzedniej, samo wymusiło durny komentarz na moich ustach - cytując klasyka: tylko głupi by nie skorzystał. Rodolphus uniósł szklankę do ust i upił dość spory łyk alkoholu. Ostry płyn przyjemnie zapiekł nie tylko w wargi, ale i przełyk. To uczucie nie powinno być przyjemne: alkohol był zgubny i stanowił jeden z kamieni, którymi wybrukowane było piekło. Tylko czym było piekło tak naprawdę? Czyż nie żyli w jego odbiciu tu, na ziemi?
Na kolejne słowa Nicholasa Rodolphus zmarszczył brwi. Porady... Sam przecież przyznał, że nie był w związku. Co prawda wcześniej o tym nie wiedział, ale wiedział na tyle dużo by ogarnąć, że Travers nie miał oficjalnej żony czy narzeczonej. Może się z kimś spotykał - tego nie wiedział, nie śledził życia prywatnego współpracowników.
- Gdybym miał do wyboru Kocioł i most, wybrałbym most - prychnął w odpowiedzi, odstawiając szklankę. Miał przedziwne pojęcie poczucia własnej godności. - Jeśli chodzi o porady, to nie wydaje mi się, żeby o to chodziło. Wciąż nie myślę jasno, ale to miejsce wydaje mi się jednym z ostatnich bezpiecznych, które kojarzę.
Nie chciał mu się podlizać - wyraz twarzy mężczyzny świadczył o tym, że na nowo zaczął analizować wszystkie fakty. Bezpiecznie czuł się u siebie - ale to zostało pogrzebane pod stosem rozwalonych mebli. Bezpiecznie nie czuł się u Roberta, gdzie został wzięty w kleszcze i spotkał się z jego bliźniakiem i gdzie musiał (a może chciał?) złożyć przysięgę wieczystą. Bezpiecznie czuł się w ich wspólnej przestrzeni, poza granicami Londynu, lecz najwyraźniej resztka rozsądku odmówiła teleportacji właśnie tam.
- Nie, nie chcę - potwierdził, sięgając do wewnętrznej kieszeni. Wyciągnął różdżkę, którą obrócił leniwie w palcach lewej dłoni, zanim odłożył ją na stół. Dalej, niż powinien gdyby czuł się tu zagrożony. Gdyby chciał po nią sięgnąć nagle, straciłby cenne sekundy, mogące zaważyć o jego życiu. Być może była to drobnostka, odruch, lecz w gruncie rzeczy znaczyła naprawdę wiele. - Nie wiem co tam zastanę. Albo kogo. Wolałbym być przez pewien czas nieuchwytny dla niektórych osób.
Osób... Wiadomo było, że mówił o konkretnej personie.
- Mówiłeś o wysłuchaniu. Nie wiem na ile chcesz poznać żałosny wytwór mojego umysłu, ale podejrzewam, że tu chodzi o coś więcej, niż niefortunnie dobrane słowa podczas głupiego sabatu - mruknął, przesuwając wzrok na szklankę. Przesuwał ją wokół własnej osi, obserwując jak bursztynowy płyn faluje, rozbijając się o ścianki. - Mówiłeś, że nie jesteś w związku. Jak udało ci się odpędzić rodzinę od swoich prywatnych spraw?
Zapytał, bo najpewniej to właśnie go czekało w najbliższych miesiącach. Nie mógł tego ukrywać w nieskończoność. Był niezależny finansowo, lecz wciąż był zależny pod innymi względami. I nawet jeśli to nie była jego wina, to był mężczyzną - będą naciskać na naprawę stosunków między tą dwójką. A tego niekoniecznie chciał. Brak zaufania do osoby, z którą miało się żyć pod jednym dachem, dla Rodolphusa był od razu dyskwalifikacją na pełnej linii.