08.02.2024, 02:23 ✶
Rodolphus nie znał tej sytuacji - nie posiadał zmieniacza czasu. Prototypy tego urządzenia były owiane tajemnicą, która być może wymknęła się spod kontroli i wiedziało o niej więcej osób, niż tylko kilka lecz... Nie było to na tyle powszechne, by Lestrange zrozumiał z początku, o co chodzi. Nie ułatwiała tego Brenna, która rzucała swoje komentarze - tak beztroskie, że miało ochotę się ją udusić gołymi rękami. A jednocześnie tak boleśnie ściągające na ziemię, że nigdy by się do tego nie przyznał, ale - były potrzebne. Sprawiały, że myśli wracały do clue, do sedna tego, gdzie byli w tej chwili. Nie dryfowały gdzieś, gubiąc się w czasoprzestrzeni. Durna Longbottom, która nie zdawała sobie sprawy z tego, jak swoimi działaniami potrafiła sprowadzić na ziemię niemal każdego, i jakie to miało skutki. To nie ona powodowała pęknięcie w masce - ona wbijała się klinem, rozszerzając tę szparę, wpuszczając do ułudy rzeczywistość.
Przejście na ty... ach jakże dziwnie to brzmiało. Z Morpheusem zwykle byli na pan ze względu na dzielącą ich różnicę wieku. To było uciążliwe - panie Longbottom, panie Lestrange. Wymuszone, sztuczne zwroty grzecznościowe, które jednak wyznaczały granicę, z pozoru nieprzekraczalną. Bo czyż Rodolphus jej nie przekraczał, zmniejszając dystans z osobami w wieku Morpheusa? Czyż nie przeszedł niemal od razu na ty podczas pierwszych rozmów i spojrzeń, wymiany zdań? Z nim jednak pragnął utrzymać ten dystans, odsunąć się bo chociaż czuł, że ten konkretny Niewymowny był mu bliższy pod kątem absolutnie wszystkiego (może prócz ubioru) niż taka na przykład Brenna, tak jednak nazwisko budowało między nimi mur nie do przeskoczenia. Lecz teraz, gdy czas i przestrzeń mieszały się ze sobą, to już nie miało znaczenia.
- Zmiana czasoprzestrzeni... - szepnął w odpowiedzi na słowa, wypowiedziane przez Morpheusa. W jego mózgu błysnęła ta konkretna synapsa, dwa szczególne impulsy podążyły swoją drogą, nakierowując Lestrange'a na konkretne wnioski, którymi nie podzielił się na głos. - Wstrzymaj konie, Longbottom. Jedno i drugie.
Powiedział ostro, gotów chwycić Brennę za ramię mocno, gdyby ta chciała przeć do przodu niczym taran. Na szczęście ich obojga (a może i całej trójki?) kobieta nie próbowała tym razem zgrywać bohaterki. Rodolphus wystrzelił dłonią, blokując jej wyjście, gdyby jednak zmieniła zdanie.
- Nie ruszaj się, bo nie ręczę za siebie - syknął, wbijając wzrok nie w nią, a w obraz. Minę miał poważną, a w stalowoszarych oczach widać było zacięcie i determinację. Czy się o nią troszczył? Ciężko było stwierdzić, Lestrange nigdy nie okazywał troski w normalny, ludzki sposób. - Nie jestem pewny, lecz chyba widziałem klepsydrę. Obróciła się i sekundę po niej nastąpił rozbłysk. Sądzę, że przeskoczyliśmy w czasie. Lecz obraz, o którym mówisz, jest obrócony w lustrzany sposób. Nie jesteśmy w tym samym miejscu, a jednocześnie jesteśmy w tym samym miejscu - prawda, Morpheusie?
Spojrzał na Niewymownego, będąc przygotowanym na to, by nie przepuszczać brygadzistki, zanim ten się nie wypowie.
- Wyładowanie magiczne które zaburza czas i miejsce, zsyła nas do miejsca, które jest i nie jest tym samym. A jednocześnie jest czymś zupełnie odmiennym, bo gdyby było takie samo, to w piwnicy wrócilibyśmy do punktu wyjścia.
Morpheus zrozumie, co Lestrange miał na myśli. Nie dało się tego inaczej ubrać w słowa. Korytarz, który mieli przed sobą, wyglądał zarazem znajomo, jak i obco. Odwrócony obraz to był tylko początek. Drzwi, którymi weszli, były nie po lewej, a po prawej stronie. Nie było tu półmroku, a zwykła ciemność, oświetlana wyłącznie błękitnym światłem wyładowań magii. Rodolphus uniósł swoją różdżkę, by rzucić odrobinę jasności w ich okolice. Pojawiały się nieścisłości - wcześniej nie było tu przewróconego krzesła. Nie było kotów kurzu, nie było zapadniętej deski w podłodze, na którą wskazał różdżką. Tu wszystko było takie samo a zarazem zupełnie inne.
- Brenna nie powinna iść pierwsza - oświadczył dobitnie, spoglądając na Morpheusa.
Przejście na ty... ach jakże dziwnie to brzmiało. Z Morpheusem zwykle byli na pan ze względu na dzielącą ich różnicę wieku. To było uciążliwe - panie Longbottom, panie Lestrange. Wymuszone, sztuczne zwroty grzecznościowe, które jednak wyznaczały granicę, z pozoru nieprzekraczalną. Bo czyż Rodolphus jej nie przekraczał, zmniejszając dystans z osobami w wieku Morpheusa? Czyż nie przeszedł niemal od razu na ty podczas pierwszych rozmów i spojrzeń, wymiany zdań? Z nim jednak pragnął utrzymać ten dystans, odsunąć się bo chociaż czuł, że ten konkretny Niewymowny był mu bliższy pod kątem absolutnie wszystkiego (może prócz ubioru) niż taka na przykład Brenna, tak jednak nazwisko budowało między nimi mur nie do przeskoczenia. Lecz teraz, gdy czas i przestrzeń mieszały się ze sobą, to już nie miało znaczenia.
- Zmiana czasoprzestrzeni... - szepnął w odpowiedzi na słowa, wypowiedziane przez Morpheusa. W jego mózgu błysnęła ta konkretna synapsa, dwa szczególne impulsy podążyły swoją drogą, nakierowując Lestrange'a na konkretne wnioski, którymi nie podzielił się na głos. - Wstrzymaj konie, Longbottom. Jedno i drugie.
Powiedział ostro, gotów chwycić Brennę za ramię mocno, gdyby ta chciała przeć do przodu niczym taran. Na szczęście ich obojga (a może i całej trójki?) kobieta nie próbowała tym razem zgrywać bohaterki. Rodolphus wystrzelił dłonią, blokując jej wyjście, gdyby jednak zmieniła zdanie.
- Nie ruszaj się, bo nie ręczę za siebie - syknął, wbijając wzrok nie w nią, a w obraz. Minę miał poważną, a w stalowoszarych oczach widać było zacięcie i determinację. Czy się o nią troszczył? Ciężko było stwierdzić, Lestrange nigdy nie okazywał troski w normalny, ludzki sposób. - Nie jestem pewny, lecz chyba widziałem klepsydrę. Obróciła się i sekundę po niej nastąpił rozbłysk. Sądzę, że przeskoczyliśmy w czasie. Lecz obraz, o którym mówisz, jest obrócony w lustrzany sposób. Nie jesteśmy w tym samym miejscu, a jednocześnie jesteśmy w tym samym miejscu - prawda, Morpheusie?
Spojrzał na Niewymownego, będąc przygotowanym na to, by nie przepuszczać brygadzistki, zanim ten się nie wypowie.
- Wyładowanie magiczne które zaburza czas i miejsce, zsyła nas do miejsca, które jest i nie jest tym samym. A jednocześnie jest czymś zupełnie odmiennym, bo gdyby było takie samo, to w piwnicy wrócilibyśmy do punktu wyjścia.
Morpheus zrozumie, co Lestrange miał na myśli. Nie dało się tego inaczej ubrać w słowa. Korytarz, który mieli przed sobą, wyglądał zarazem znajomo, jak i obco. Odwrócony obraz to był tylko początek. Drzwi, którymi weszli, były nie po lewej, a po prawej stronie. Nie było tu półmroku, a zwykła ciemność, oświetlana wyłącznie błękitnym światłem wyładowań magii. Rodolphus uniósł swoją różdżkę, by rzucić odrobinę jasności w ich okolice. Pojawiały się nieścisłości - wcześniej nie było tu przewróconego krzesła. Nie było kotów kurzu, nie było zapadniętej deski w podłodze, na którą wskazał różdżką. Tu wszystko było takie samo a zarazem zupełnie inne.
- Brenna nie powinna iść pierwsza - oświadczył dobitnie, spoglądając na Morpheusa.