Miała sobie darować złośliwości? Słysząc słowa Aidana aż prychnęła poirytowana jego bezczelnym zachowaniem. Może i na nią nie krzyczał, ale zachowanie Parkinsona w dalszym ciągu jej się nie podobało. Na zbyt wiele sobie pozwalał. Za kogo on się uważał?
- Daruje sobie złośliwości, jeśli będziesz chociaż odrobinę uprzejmiejszy. – odpowiedziała, wyraźnie dając mu do zrozumienia, jakie ma oczekiwania. Bo w końcu o nich należało mówić wprost. Mama zawsze powtarzała, że mężczyźni nie są szczególnie domyślni. Z wiekiem Penny zaczęła się z nią w tej materii zgadzać. Zaczęła rozumieć, co konkretnie chciała jej przekazać rodzicielka.
Nie od razu odwróciła się w jego stronę, początkowo ignorując jego słowa. Każdy ma to, na co sobie zapracował. Aidan zaś najwyraźniej zasłużył jedynie na oglądanie tyłu jej głowy, pleców, tyłka… może nie idźmy w tę stronę.
Czy Parkinson miał ją za idiotkę? Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, gdzie znajdywał się lokal. Gdzie w tym momencie znajdywali się oni dwoje. Wiedziała co to za okolica. Była świadoma tego jaką cieszyła się ona opinią. Niekoniecznie najlepszą. Podejmowała ryzyko, ale to ryzyko mogło jej się opłacić. Czasami trzeba było się na coś takiego zdecydować.
- Zamierzam rzucić zaklęcie, które odstraszy upierdliwych brygadzistów. – udzieliła mu odpowiedzi. Aidan powinien być mądrzejszy. Znał przecież ją nie od wczoraj i co za tym idzie dobrze wiedział, że zaklęcia ochronne były jej mocną stroną. Potrafiła nie tylko obronić siebie, ale też nałożyć odpowiednie efekty na przedmioty. Stworzyć zabezpieczenia, amulety.
Wydawało jej się, że była w tym całkiem niezła.
Uspokoiła się, kiedy zaczął jej wszystko tłumaczyć. Oczywiście nie stało się to od razu, z miejsca. Był to proces powolny, stopniowy. Zwieńczony wreszcie kolejnym westchnięciem. Niby cały czas wiedziała w czym rzecz, ale w pierwszej kolejności górę wzięła uzasadniona irytacja. Rozsądek pojawił się nieco później. Po czasie.
- Jeśli wybiją okno, to wstawie kolejne. Wiem, na co się zdecydowałam, Aidan. – zapewniła go, tym razem brzmiąc już łagodniej. Spokojniej. Opuścił ręce, dotąd założone na wysokości klatki piersiowej. Wyraźny znak, że coś się zmieniło. Penny stała się bardziej przystępna? – Wiem też, że razem z Flo możemy sobie tutaj poradzić. Jaki byłby ze mnie twórca amuletów i zabezpieczeń, gdyby odstraszyła mnie niezbyt ciekawa okolica?
No właśnie – jaki? Penny chciała coś na tym polu osiągnąć. Stać się kimś. Rozsławić swoje imię oraz nazwisko. Miała ku temu podstawy. Miała tę kapkę talentu, który ofiarował jej los.