08.02.2024, 22:41 ✶
Ach, zaufanie. Cieniutka tafla pozytywnej emocji, która została brutalnie strzaskana w chwili, gdy Rodolphusa opuściła ostatnia przychylna mu osoba, a on sam wślizgnął się między dwa węże, prosto do ich gniazda, z pełną świadomością konsekwencji tego czynu. Podpisał cyrograf, bo oni nie ufali jemu, a on nie ufał im. Tak samo poszedł do innego mieszkania tamtej nocy, naumyślnie, bez zaufania. Nie, Rodolphus nie potrafił ufać innym. Wymagał przysiąg i obietnic, okupionych krwią lub widmem śmierci gdy przysięgę się złamie. A tyczyło się to najbliższych jemu osób, które przebywały w otoczeniu Lestrange'a. Teraz jednak stał pomiędzy dwójką Longbottomów, zdrajców krwi. Szlamolubców, mówiących otwarcie o swoich preferencjach. Jakże mógłby zaufać komuś takiemu? Nigdy.
- Nie, Brenno, nie będziemy się kłócić - powiedział poważnie, przerzucając spojrzenie na Morpheusa. Uniósł lekko brwi - Brenna będzie problemem. Jeżeli mieli wyjść z tego cało, nie mogli się kłócić. Ale jednocześnie z jakiegoś powodu nie chciał kobiety puścić przodem. - Dlatego powinniśmy iść pierwsi. Albo musisz nam obiecać, dla własnego dobra, że nie będziesz nic dotykać.
Powiedział spokojnie, ponownie wlepiając stalowoszare ślepia w kobietę. Miał twardy, nieugięty wzrok - być może słyszał o niej to i owo. Być może ktoś mu kiedyś szepnął na ucho, co Longbottom potrafi wyczyniać. Nie ufał jej i nie potrafił zaufać, że nie wystrzeli nagle niczym pocisk z armaty, by pobiec przed siebie. Musiał, ale nie potrafił. Szkoda by było, gdyby przypadkowo trąciła skupisko magicznej energii i nagle znalazła się gdzie indziej, w kilkuset kawałkach.
Brenna zastosowała taktykę podobną do jego własnej - gdy chwyciła Morpheusa, on sam puścił kobietę, a na jego twarzy wymalował się na ułamek sekundy złośliwy, być może pogardliwy uśmiech. Mieli sobie ufać i tak pięknie o tym mówili, a przecież mieli własne tajemnice. Ludzie byli beznadziejni: wszyscy byli, cała trójka, która teraz stała i kłóciła się o to, kto pójdzie przodem.
- Masz więcej lat przed sobą, niż on - mruknął cicho, unosząc lekko różdżkę. Zasłaniali mu widok, czego nie lubił. Miał potrzebę kontroli swojego otoczenia, nienawidził gdy coś przesłaniało mu widok. Westchnął z irytacją. - Nikt nie każe ci się trzymać z tyłu, bo jesteś kobietą, Brenno. Każemy ci trzymać się z tyłu, żeby nie musieć nieść twojego martwego ciała do rodziny.
Jasna cholera, gdyby w jego obecności zginęło któreś z nich, zapewne rozpętałoby się piekło. Rodolphus cholernie dbał o swoją reputację, lecz z racji nazwiska i tak był na świeczniku i językach niektórych. Nie potrzebował więcej zamieszania wokół swojej osoby.
- W takim razie pójdę przodem, nikomu nie będzie żal jeżeli to mnie wybuchnie coś w twarz - powiedział w końcu, wodząc wzrokiem od jednego, do drugiego członka rodziny Longbottom. Nikt po nim nie zapłacze i nie mówił tego, by wzbudzić litość u towarzyszy. Taki był fakt - jego ewentualna śmierć nie dotknie absolutnie nikogo. Spłynie po każdym jak woda po kaczych piórach, będzie zaledwie zdmuchniętym okruchem ze stołu. - A kłócąc się jak dzieci tylko zdradzamy nasze pozycje.
On sam mówił dość cicho, ale wyraźnie, by pozostała dwójka go słyszała. Nie był jednak pewny, czy jeżeli ktokolwiek tu był, to czy słyszał ich rozmowę. Ale tracili cenny czas na bezsensowne głupoty i przepychanki, wyciągając seksizm i jakieś rodzinne przysłowia. Co jeśli klepsydra w innym miejscu ponownie się obróci?
Zza winkla trzasnęły iskry, a korytarz na moment rozjaśnił się błękitnym światłem, które wtedy widzieli w piwnicy, jakby potwierdzając myśli Lestrange'a. Czas... Może on tu płynął inaczej? Albo w ogóle nie płynął. Nie dowiedzą się tego, stojąc w miejscu.
- Nie, Brenno, nie będziemy się kłócić - powiedział poważnie, przerzucając spojrzenie na Morpheusa. Uniósł lekko brwi - Brenna będzie problemem. Jeżeli mieli wyjść z tego cało, nie mogli się kłócić. Ale jednocześnie z jakiegoś powodu nie chciał kobiety puścić przodem. - Dlatego powinniśmy iść pierwsi. Albo musisz nam obiecać, dla własnego dobra, że nie będziesz nic dotykać.
Powiedział spokojnie, ponownie wlepiając stalowoszare ślepia w kobietę. Miał twardy, nieugięty wzrok - być może słyszał o niej to i owo. Być może ktoś mu kiedyś szepnął na ucho, co Longbottom potrafi wyczyniać. Nie ufał jej i nie potrafił zaufać, że nie wystrzeli nagle niczym pocisk z armaty, by pobiec przed siebie. Musiał, ale nie potrafił. Szkoda by było, gdyby przypadkowo trąciła skupisko magicznej energii i nagle znalazła się gdzie indziej, w kilkuset kawałkach.
Brenna zastosowała taktykę podobną do jego własnej - gdy chwyciła Morpheusa, on sam puścił kobietę, a na jego twarzy wymalował się na ułamek sekundy złośliwy, być może pogardliwy uśmiech. Mieli sobie ufać i tak pięknie o tym mówili, a przecież mieli własne tajemnice. Ludzie byli beznadziejni: wszyscy byli, cała trójka, która teraz stała i kłóciła się o to, kto pójdzie przodem.
- Masz więcej lat przed sobą, niż on - mruknął cicho, unosząc lekko różdżkę. Zasłaniali mu widok, czego nie lubił. Miał potrzebę kontroli swojego otoczenia, nienawidził gdy coś przesłaniało mu widok. Westchnął z irytacją. - Nikt nie każe ci się trzymać z tyłu, bo jesteś kobietą, Brenno. Każemy ci trzymać się z tyłu, żeby nie musieć nieść twojego martwego ciała do rodziny.
Jasna cholera, gdyby w jego obecności zginęło któreś z nich, zapewne rozpętałoby się piekło. Rodolphus cholernie dbał o swoją reputację, lecz z racji nazwiska i tak był na świeczniku i językach niektórych. Nie potrzebował więcej zamieszania wokół swojej osoby.
- W takim razie pójdę przodem, nikomu nie będzie żal jeżeli to mnie wybuchnie coś w twarz - powiedział w końcu, wodząc wzrokiem od jednego, do drugiego członka rodziny Longbottom. Nikt po nim nie zapłacze i nie mówił tego, by wzbudzić litość u towarzyszy. Taki był fakt - jego ewentualna śmierć nie dotknie absolutnie nikogo. Spłynie po każdym jak woda po kaczych piórach, będzie zaledwie zdmuchniętym okruchem ze stołu. - A kłócąc się jak dzieci tylko zdradzamy nasze pozycje.
On sam mówił dość cicho, ale wyraźnie, by pozostała dwójka go słyszała. Nie był jednak pewny, czy jeżeli ktokolwiek tu był, to czy słyszał ich rozmowę. Ale tracili cenny czas na bezsensowne głupoty i przepychanki, wyciągając seksizm i jakieś rodzinne przysłowia. Co jeśli klepsydra w innym miejscu ponownie się obróci?
Zza winkla trzasnęły iskry, a korytarz na moment rozjaśnił się błękitnym światłem, które wtedy widzieli w piwnicy, jakby potwierdzając myśli Lestrange'a. Czas... Może on tu płynął inaczej? Albo w ogóle nie płynął. Nie dowiedzą się tego, stojąc w miejscu.