09.02.2024, 01:41 ✶
— Wtedy będziecie odpowiedzialni za opłacanie mi cateringu bezpośrednio do mojej piwnicy.
Uśmiechnął się półgębkiem. Sądząc po opinii znacznej większości ludzi, towarzystwo i wspólnota były czymś, co spajało człowieczeństwo. Sebastian tego nie negował. Coś musiało stać u podstaw tego świata, aby go stabilizować. Brenna miała jednak dużo bardziej gorący temperament od niego; było jej wszędzie pełno, a tam, gdzie on szedł powoli, ona biegła na złamanie karku. Lśniła w niezobowiązujących konwersacjach, to był jej sposób na tworzenie więzi z ludźmi. Sebastian potrzebował na to więcej czasu i mitycznych ''chwil'', które tworzyły węzły na sznurkach, które wiązały go z innymi czarodziejami i czarownicami.
— To co innego! — żachnął się Sebastian, jakby to było coś oczywistego. Podstawowy fakt, jakiego nie można było wziąć pod wątpliwość, tylko dlatego, że się chciało. — To pamiątki, skarby po przodkach lub ludziach, którzy byli ci bliscy. Przez nich masz więź emocjonalną z tymi przedmiotami. I przez to, że masz je w swoim otoczeniu. Dajesz im energię. Przypominają ci o zmarłych, ale też rozpalają wyobraźnię, bo znasz tylko część ich historii. Jesteś otoczona ogniskami, które czekają, aby zapłonąć z twojej ręki. Ale to? — Zaczął ruszać rękami, wodząc wzrokiem od jednego końca strychu do drugiego. — To cmentarzysko rodowe innej rodziny ni mniej, ni więcej, a obca ręka rozpala na nim znicz.
Mówił ze spokojem, acz stanowczo, jakby ganił wiernego za to, że nie odmówił wszystkich modlitw, które dostał w ramach pokuty. Nie robiłem z niej winnej, przynajmniej nie bezpośrednio. Opowiadał historię, naciskał na elementy, które rozbudzały jego irytację, pozwalając, aby to druga osoba sama doszła do tego, czy faktycznie zrobiła coś złego, czy też nie. Można było wskazać drogę, ale niełatwo było kogoś na nią wepchnąć i oczekiwać, że na niej pozostanie. Wypuścił powoli powietrze z ust, rozpakowując kolejny karton.
— Dziękuję — dodał po chwili jakby niechętnie. Uniósł w powietrze małe puzderko z założoną kłódką. — Doceniłbym, gdyby nauszniki były na grubym pasku, wiesz? Te cieńsze albo z plastiku wpijają mi się w głowę. Boli podczas wichur i intensywnych opadów w zimę.
Jego ruchy zwolniły, gdy Brenna kontynuowała rozmowę. Dla niego Kryształowa Czaszka była tylko artefaktem o tragicznej historii. Widział duchy, podświadomie czuł ich cierpienie i tymczasowo pełnił obowiązki ich strażnika, gdy przeprawiał je na drugą stronę, do miejsca, gdzie - miał nadzieję - będą szczęśliwe i zaznają spokoju. Nie wybrał się ze Stewardem i Longbottom na bagna. Od sprawy czarnoksiężnika też trzymał się raczej z daleka. Nie był wojownikiem, a uczonym, który... Był wysyłany do pracy w terenie.[/b]
— To prawda — przytaknął bez bicia, chociaż na dobrą sprawę niczego nie mogli być pewni. Niie wiedzieli, co emerytowany egzorcysta właściwie planował przed swoją tragiczną śmiercią. — Okoliczności się nie pokrywają, niemniej jednak metoda jest zbliżona. Czaszka była naczyniem dla wielu dusz. Wypaczonym i skalanym czarną magią, ale dalej naczyniem. Tutaj mamy ich bez liku. A chyba możesz się ze mną zgodzić, że gdyby przyszło do otwarcia któregoś z nich, lepiej by było, gdyby uciekł tylko jeden duch, zamiast pięciu.
Nie wiedział, że za jej słowa mogły być mechanizmem obronnym, odcinającą od złych wspomnień. Jak wszyscy inni ludzie stąpających po Ziemi, tak i Brenna z Sebastianem mieli swoje osobiste bagaże doświadczeń, które ciążyły na ich plecach. Mogli próbować wszystko skrzętnie poukładać, zaopatrzyć się w bidon i kanapki na drogę, ale ten tobołek i tak zacząłby dawać im się we znaki, gdy prosta i ubita zaczęłaby kierować ich na stromą górę, gdzie musieliby się w zastraszająco szybkim tempie nauczyć poruszać po praktycznie pionowych ścianach. Traum i boleści nie dało się zmierzyć czy zważyć, żadne nie było lepsze czy gorsze od innych, a były po prostu inne, stanowiąc poniekąd podsumowanie dotychczasowego życia.
Sebastian nie widział na własne oczy Beltane, nie stanął oko w oko z uzbrojonym w różdżkę Śmierciożercą ani nie musiał martwić się tym, że ma pod swoją opieką podkomendnych, o których również należało zadbać, aby mogli dożyć nowego dnia. Nie dane mu było wdrapać się na pokład statku widmo i pozwolić, aby wielowątkowa przeszłość okrętu zmieszała się z teraźniejszością. Nie musiał żyć z ciężarem posiadania zbyt dużej ilości informacji i wybieranie lojalności wobec jednej grupy ponad drugą. Przynajmniej nie w takim stopniu, jak musiała to robić Brygadzistka Longbottom. Nie równało się to jednak temu, że cierpiał na brak złych wspomnień.
Dzieciństwo spędzone w miejscach kultu Matki było piękne, ale też naznaczone niezliczonymi obrządkami i zasadami. Przypadkowe wizje Limbo doprowadziłyby go na skraj szaleństwa, gdyby nie to, że inni Trelawneyowie aż nazbyt dobrze znali męki jego umysłu. Zobaczenie na własne oczy pierwszego, autentycznego egzorcyzmu za granicą, które popchnęło go ku pracy w Ministerstwie Magii. Dylematy sprzed lat, które mogły wywrócić jego życie do góry nogami, gdyby wykonał pierwszy krok. Strach o Jamila, który tak długo był odseparowany od swych krewnych, a gdy tylko zjawił się w Anglii, padł ofiarą ducha w Beltane. Każda trauma była inna, każdą trzeba było szanować. I przed żadną nie powinno się uginać.
— Czekaj. — Pomachał palcem wskazującym w powietrzu, po czym minął ją, aby ruszyć w głąb stryszku.
Starał się nie zwracać na kolejne wieże złożone z pudeł. Wiedział, że koniec końców i tak przyjdzie im do nich wszystkich zajrzeć. Nie było sensu martwić się o nie w tej konkretnej chwili. Rozejrzał się na prawo i lewo, aż w kącie, nieopodal małego okna wypatrzył duży karton zbliżony rozmiarem uczniowskiego kufra. W tym, dzięki Matce, były tylko stare koszule, wyżarte częściowo przez mole. Kolekcja z czasów młodości Everlastinga? Przy pomocy zaklęcia lewitującego, Sebastian przeniósł ciuchy na bok, a karton przesunął kilkoma kopnięciami w stronę Brenny.
— Wszystko chowaj tutaj. Jeśli znajdziesz coś, co może być potencjalnym naczyniem, używaj Wingardium Leviosa. Nie dotykaj niczego, jeśli naprawdę nie musisz. — Wbił w nią wzrok, ewidentnie czekając, aż Brygadzistka pokiwa głową i zaakceptuje jego instrukcje. — Tak? Zgadzasz się? — Uśmiechnął się minimalnie, wyciągając rękę, aby poklepać ją po ramieniu. Nagle jednak cofnął rękę. — Ekhm... No. To... Super. Będzie nam łatwiej to posegregować, jak pozbędziemy się pewniaków, których nie da się opętać. Potem ruszymy z dużym gabarytem, bo nie przetransportujemy tego bez pomocy. A na koniec drobnica.
Czy brzmiało to jak przygotowanie do wielogodzinnej zmiany na magazynie? Absolutnie. I było bardzo do tego zbliżone pod względem monotonni. Przed kolejne godziny walczyli z pudłami, robiąc sobie tylko krótką przerwę na kawę, aby zaraz wrócić do obowiązków. Sortowanie było najłatwiejsze, jednak przy mebelkach i większych szkatułach pojawiły się już problemy. Po tak długim czasie spędzonym na zatęchlonym strychu Sebastian czuł się coraz gorzej, a przez to nie mógł się w pełni skupić na wyczuwaniu uwięzionych dusz. Parł jednak do przodu, czując jednocześnie presję, jaką sam na siebie wywierał, jak i tą, jaką obarczała go Brenna. Spędzili tu cały, na Merlina, dzień, a koniec końców i tak musieli się poddać.
Za pomocą sieci Fiuu skontaktowali się ze swoimi biurami w Ministerstwie Magii, żądając przysłania zmienników, którzy mieli kontynuować ich pracę. Zakładając, że ich tempo nie będzie wcale o wiele lepsze od ich własnego, Sebastian założył, że przed południem mogli się spodziewać pierwszych dostaw większych obiektów do biura egzorcystów. A tam to dopiero zacznie się zabawa. To była jednak inna historia, przewidziana na inny dzień, inną porę, a może nawet inne towarzystwo. Jedyne co pozostało duetowi Longbottom-Macmillan to udać się na spoczynek z nadzieją, że kolejny dzień nie przyniesie jakichś strasznych wieści.
Uśmiechnął się półgębkiem. Sądząc po opinii znacznej większości ludzi, towarzystwo i wspólnota były czymś, co spajało człowieczeństwo. Sebastian tego nie negował. Coś musiało stać u podstaw tego świata, aby go stabilizować. Brenna miała jednak dużo bardziej gorący temperament od niego; było jej wszędzie pełno, a tam, gdzie on szedł powoli, ona biegła na złamanie karku. Lśniła w niezobowiązujących konwersacjach, to był jej sposób na tworzenie więzi z ludźmi. Sebastian potrzebował na to więcej czasu i mitycznych ''chwil'', które tworzyły węzły na sznurkach, które wiązały go z innymi czarodziejami i czarownicami.
— To co innego! — żachnął się Sebastian, jakby to było coś oczywistego. Podstawowy fakt, jakiego nie można było wziąć pod wątpliwość, tylko dlatego, że się chciało. — To pamiątki, skarby po przodkach lub ludziach, którzy byli ci bliscy. Przez nich masz więź emocjonalną z tymi przedmiotami. I przez to, że masz je w swoim otoczeniu. Dajesz im energię. Przypominają ci o zmarłych, ale też rozpalają wyobraźnię, bo znasz tylko część ich historii. Jesteś otoczona ogniskami, które czekają, aby zapłonąć z twojej ręki. Ale to? — Zaczął ruszać rękami, wodząc wzrokiem od jednego końca strychu do drugiego. — To cmentarzysko rodowe innej rodziny ni mniej, ni więcej, a obca ręka rozpala na nim znicz.
Mówił ze spokojem, acz stanowczo, jakby ganił wiernego za to, że nie odmówił wszystkich modlitw, które dostał w ramach pokuty. Nie robiłem z niej winnej, przynajmniej nie bezpośrednio. Opowiadał historię, naciskał na elementy, które rozbudzały jego irytację, pozwalając, aby to druga osoba sama doszła do tego, czy faktycznie zrobiła coś złego, czy też nie. Można było wskazać drogę, ale niełatwo było kogoś na nią wepchnąć i oczekiwać, że na niej pozostanie. Wypuścił powoli powietrze z ust, rozpakowując kolejny karton.
— Dziękuję — dodał po chwili jakby niechętnie. Uniósł w powietrze małe puzderko z założoną kłódką. — Doceniłbym, gdyby nauszniki były na grubym pasku, wiesz? Te cieńsze albo z plastiku wpijają mi się w głowę. Boli podczas wichur i intensywnych opadów w zimę.
Jego ruchy zwolniły, gdy Brenna kontynuowała rozmowę. Dla niego Kryształowa Czaszka była tylko artefaktem o tragicznej historii. Widział duchy, podświadomie czuł ich cierpienie i tymczasowo pełnił obowiązki ich strażnika, gdy przeprawiał je na drugą stronę, do miejsca, gdzie - miał nadzieję - będą szczęśliwe i zaznają spokoju. Nie wybrał się ze Stewardem i Longbottom na bagna. Od sprawy czarnoksiężnika też trzymał się raczej z daleka. Nie był wojownikiem, a uczonym, który... Był wysyłany do pracy w terenie.[/b]
— To prawda — przytaknął bez bicia, chociaż na dobrą sprawę niczego nie mogli być pewni. Niie wiedzieli, co emerytowany egzorcysta właściwie planował przed swoją tragiczną śmiercią. — Okoliczności się nie pokrywają, niemniej jednak metoda jest zbliżona. Czaszka była naczyniem dla wielu dusz. Wypaczonym i skalanym czarną magią, ale dalej naczyniem. Tutaj mamy ich bez liku. A chyba możesz się ze mną zgodzić, że gdyby przyszło do otwarcia któregoś z nich, lepiej by było, gdyby uciekł tylko jeden duch, zamiast pięciu.
Nie wiedział, że za jej słowa mogły być mechanizmem obronnym, odcinającą od złych wspomnień. Jak wszyscy inni ludzie stąpających po Ziemi, tak i Brenna z Sebastianem mieli swoje osobiste bagaże doświadczeń, które ciążyły na ich plecach. Mogli próbować wszystko skrzętnie poukładać, zaopatrzyć się w bidon i kanapki na drogę, ale ten tobołek i tak zacząłby dawać im się we znaki, gdy prosta i ubita zaczęłaby kierować ich na stromą górę, gdzie musieliby się w zastraszająco szybkim tempie nauczyć poruszać po praktycznie pionowych ścianach. Traum i boleści nie dało się zmierzyć czy zważyć, żadne nie było lepsze czy gorsze od innych, a były po prostu inne, stanowiąc poniekąd podsumowanie dotychczasowego życia.
Sebastian nie widział na własne oczy Beltane, nie stanął oko w oko z uzbrojonym w różdżkę Śmierciożercą ani nie musiał martwić się tym, że ma pod swoją opieką podkomendnych, o których również należało zadbać, aby mogli dożyć nowego dnia. Nie dane mu było wdrapać się na pokład statku widmo i pozwolić, aby wielowątkowa przeszłość okrętu zmieszała się z teraźniejszością. Nie musiał żyć z ciężarem posiadania zbyt dużej ilości informacji i wybieranie lojalności wobec jednej grupy ponad drugą. Przynajmniej nie w takim stopniu, jak musiała to robić Brygadzistka Longbottom. Nie równało się to jednak temu, że cierpiał na brak złych wspomnień.
Dzieciństwo spędzone w miejscach kultu Matki było piękne, ale też naznaczone niezliczonymi obrządkami i zasadami. Przypadkowe wizje Limbo doprowadziłyby go na skraj szaleństwa, gdyby nie to, że inni Trelawneyowie aż nazbyt dobrze znali męki jego umysłu. Zobaczenie na własne oczy pierwszego, autentycznego egzorcyzmu za granicą, które popchnęło go ku pracy w Ministerstwie Magii. Dylematy sprzed lat, które mogły wywrócić jego życie do góry nogami, gdyby wykonał pierwszy krok. Strach o Jamila, który tak długo był odseparowany od swych krewnych, a gdy tylko zjawił się w Anglii, padł ofiarą ducha w Beltane. Każda trauma była inna, każdą trzeba było szanować. I przed żadną nie powinno się uginać.
— Czekaj. — Pomachał palcem wskazującym w powietrzu, po czym minął ją, aby ruszyć w głąb stryszku.
Starał się nie zwracać na kolejne wieże złożone z pudeł. Wiedział, że koniec końców i tak przyjdzie im do nich wszystkich zajrzeć. Nie było sensu martwić się o nie w tej konkretnej chwili. Rozejrzał się na prawo i lewo, aż w kącie, nieopodal małego okna wypatrzył duży karton zbliżony rozmiarem uczniowskiego kufra. W tym, dzięki Matce, były tylko stare koszule, wyżarte częściowo przez mole. Kolekcja z czasów młodości Everlastinga? Przy pomocy zaklęcia lewitującego, Sebastian przeniósł ciuchy na bok, a karton przesunął kilkoma kopnięciami w stronę Brenny.
— Wszystko chowaj tutaj. Jeśli znajdziesz coś, co może być potencjalnym naczyniem, używaj Wingardium Leviosa. Nie dotykaj niczego, jeśli naprawdę nie musisz. — Wbił w nią wzrok, ewidentnie czekając, aż Brygadzistka pokiwa głową i zaakceptuje jego instrukcje. — Tak? Zgadzasz się? — Uśmiechnął się minimalnie, wyciągając rękę, aby poklepać ją po ramieniu. Nagle jednak cofnął rękę. — Ekhm... No. To... Super. Będzie nam łatwiej to posegregować, jak pozbędziemy się pewniaków, których nie da się opętać. Potem ruszymy z dużym gabarytem, bo nie przetransportujemy tego bez pomocy. A na koniec drobnica.
Czy brzmiało to jak przygotowanie do wielogodzinnej zmiany na magazynie? Absolutnie. I było bardzo do tego zbliżone pod względem monotonni. Przed kolejne godziny walczyli z pudłami, robiąc sobie tylko krótką przerwę na kawę, aby zaraz wrócić do obowiązków. Sortowanie było najłatwiejsze, jednak przy mebelkach i większych szkatułach pojawiły się już problemy. Po tak długim czasie spędzonym na zatęchlonym strychu Sebastian czuł się coraz gorzej, a przez to nie mógł się w pełni skupić na wyczuwaniu uwięzionych dusz. Parł jednak do przodu, czując jednocześnie presję, jaką sam na siebie wywierał, jak i tą, jaką obarczała go Brenna. Spędzili tu cały, na Merlina, dzień, a koniec końców i tak musieli się poddać.
Za pomocą sieci Fiuu skontaktowali się ze swoimi biurami w Ministerstwie Magii, żądając przysłania zmienników, którzy mieli kontynuować ich pracę. Zakładając, że ich tempo nie będzie wcale o wiele lepsze od ich własnego, Sebastian założył, że przed południem mogli się spodziewać pierwszych dostaw większych obiektów do biura egzorcystów. A tam to dopiero zacznie się zabawa. To była jednak inna historia, przewidziana na inny dzień, inną porę, a może nawet inne towarzystwo. Jedyne co pozostało duetowi Longbottom-Macmillan to udać się na spoczynek z nadzieją, że kolejny dzień nie przyniesie jakichś strasznych wieści.
Koniec sesji