09.02.2024, 02:59 ✶
Jak szybko potrafi rozsypać się czyjeś życie? Cóż, Sarze Macmillan wystarczyło do tego zaledwie kilka minut... Nie to, że do tej pory działo się u niej szczególnie dobrze - od dłuższego czasu znajdowała się na łajbie kołyszącej się na wzburzonym morzu łajbie, ale teraz los po prostu przesadzał. Tak, wybrała faceta - bo się jej przez ostatnie spotkania stał na tyle bliski, aby poszukiwać w nim swojego bezpieczeństwa. Nawet się o niego wsparła i podniosła z tej ziemi i to tylko po to, żeby się kilka sekund później na powrót na niej wyłożyć.
- Kulwa... - zapłakała. Miała już dosyć. Miała dosyć swojej głupiej matki i jej durnych pomysłów. Miała dosyć matki kowenu, która okazała się być tak samo popierdolona jak ta strona rodziny, o której się głośno nie mówiło. Miała dosyć Matki, Pani Księżyca, ta bowiem zdawała się nie tylko nie słuchać jej modlitw, ona musiała z nich drwić. - Nic nie jest dobrze, Lola. NIC NIE JEST DOBRZE. JEST GORZEJ NIŻ KIEDY MATKA KAZAŁA MI WYSTĘPOWAĆ W TYCH CZELWONYCH BUTACH... - Jej piskliwy, uroczy głosik ani trochę nie pasował do krzyku i taki ton właściwie nie chciał się z niej wydobyć, nawet kiedy wyraźnie się uniosła. Powiedziała to po prostu głośniej i bardziej panicznie niż normalnie. To naprawdę nie było tak, że nienawidziła tej Azjatki, przecież ona była pokojowo nastawiona do całego świata, ale dlaczego... dlaczego na wszystkich bogów tego świata, znalazła się w tym dziwnym miejscu bez osób, które faktycznie chciała trzymać za rękę? Dobrze zdawała sobie sprawę ze swojej toksyczności, ale też miała zwyczajnie dosyć tego jak niewiele historii kończyło się dla niej... nawet nie dobrze, tylko znośnie. Zabili tę owcę na ofiarnym ołtarzu w dzień jej zaręczyn. Kuzyna, co kilka godzin temu wcisnęła do rąk jej i jej narzeczonego wianki mrugając do niej okiem... teraz wbiła sobie nóż w brzuch! I tak, koszmarnie wiele tu było wielokropków, ale jednocześnie ileż tu było zawahań, scen kompletnie niezrozumiałych dla duszy kogoś takiego jak Macmillan.
Pieprzyć ten sabat. Nie pocieszały jej nawet te krokusy. Jebać to pole na środku niczego.
- Effie? - Rzuciła w kierunku czwartej z nich, bo jeszcze się nie podniosła. Spróbowała wstać. Jeszcze raz. Tym razem udało się bez komicznego upadku w pole pełne kwiatów. - Czy my jesteśmy mahrtwe? - Ależ to by było durne, niesatysfakcjonujące zakończenie. Niby nie gorsze niż to, kiedy ją Menodora wyciągnęła spod półki w sklepie i ledwo uratowali jej życie, ale wciąż - co za beznadziejna sytuacja. W jej głowie echem odbiły się słowa Victorii Lestrange, ale postać znajdująca się przed nimi nie przypominała w ogóle nikogo z jej opowieści. Sarah spróbowała więc odszukać tej twarzy w swoich wspomnieniach, w zapisach z bibliotek kowenu...
- Kulwa... - zapłakała. Miała już dosyć. Miała dosyć swojej głupiej matki i jej durnych pomysłów. Miała dosyć matki kowenu, która okazała się być tak samo popierdolona jak ta strona rodziny, o której się głośno nie mówiło. Miała dosyć Matki, Pani Księżyca, ta bowiem zdawała się nie tylko nie słuchać jej modlitw, ona musiała z nich drwić. - Nic nie jest dobrze, Lola. NIC NIE JEST DOBRZE. JEST GORZEJ NIŻ KIEDY MATKA KAZAŁA MI WYSTĘPOWAĆ W TYCH CZELWONYCH BUTACH... - Jej piskliwy, uroczy głosik ani trochę nie pasował do krzyku i taki ton właściwie nie chciał się z niej wydobyć, nawet kiedy wyraźnie się uniosła. Powiedziała to po prostu głośniej i bardziej panicznie niż normalnie. To naprawdę nie było tak, że nienawidziła tej Azjatki, przecież ona była pokojowo nastawiona do całego świata, ale dlaczego... dlaczego na wszystkich bogów tego świata, znalazła się w tym dziwnym miejscu bez osób, które faktycznie chciała trzymać za rękę? Dobrze zdawała sobie sprawę ze swojej toksyczności, ale też miała zwyczajnie dosyć tego jak niewiele historii kończyło się dla niej... nawet nie dobrze, tylko znośnie. Zabili tę owcę na ofiarnym ołtarzu w dzień jej zaręczyn. Kuzyna, co kilka godzin temu wcisnęła do rąk jej i jej narzeczonego wianki mrugając do niej okiem... teraz wbiła sobie nóż w brzuch! I tak, koszmarnie wiele tu było wielokropków, ale jednocześnie ileż tu było zawahań, scen kompletnie niezrozumiałych dla duszy kogoś takiego jak Macmillan.
Pieprzyć ten sabat. Nie pocieszały jej nawet te krokusy. Jebać to pole na środku niczego.
- Effie? - Rzuciła w kierunku czwartej z nich, bo jeszcze się nie podniosła. Spróbowała wstać. Jeszcze raz. Tym razem udało się bez komicznego upadku w pole pełne kwiatów. - Czy my jesteśmy mahrtwe? - Ależ to by było durne, niesatysfakcjonujące zakończenie. Niby nie gorsze niż to, kiedy ją Menodora wyciągnęła spod półki w sklepie i ledwo uratowali jej życie, ale wciąż - co za beznadziejna sytuacja. W jej głowie echem odbiły się słowa Victorii Lestrange, ale postać znajdująca się przed nimi nie przypominała w ogóle nikogo z jej opowieści. Sarah spróbowała więc odszukać tej twarzy w swoich wspomnieniach, w zapisach z bibliotek kowenu...
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.