Połączenie iście zabójcze, ale McGonagall już zrozumiała, że to tylko głupi żart… chyba. Ostatecznie Cathal był rosłym chłopem, który pewnie byłby zdolny tyle zjeść. Tylko może niekoniecznie teraz, skoro dopiero co przyszli i nawet nie byli jeszcze zmęczeni – bo czym?
Tak czy siak wszystkie burgery tego świata, zapiekanki, ser, boczek i lody musiały poczekać, bo oto zostali wywołani do konkursu, nie mając w ogóle zielonego pojęcia co dalej. Tyle, co zdołali podejrzeć i skomentować między sobą, że to wygląda jak jakieś tańce godowe małp, mało składne ruchy… niepewność i ekscytacja rzeczywiście mieszały się w Ginewrze; nie dość, że był to świat, którego mało znała, ten mugolski, to jeszcze mugolski w Anglii… ich zachowania, zwyczaje – aach… Dużo tego było. A bardzo nie chciała zwracać na siebie nadmiernej uwagi. Miała tylko nadzieję, że transmutacja wytrzyma, a jeśli nie, to że kolorowe światła, półmrok i puder jakoś utrzymają to wszystko w ryzach.
Kiwnęła do Cathala, posłała ostatni uśmiech i odbiła się od stołka, na którym jeszcze chwilę temu siedziała. Światło i za nią podążało, tyle, że nieco bardziej gustowne, bo błękitne, tańczyło w ciemnych kosmykach jej włosów. Nie miała okazji przyjrzeć się temu, z kim został sparowany Cathal, bo zaaferowana była wyłowieniem w tłumie tego, który miał być na czas tego konkursu jej parą. Na szczęście nie musiała długo szukać, bo sam ją znalazł. Mugol, niemag, zwał jak zwał. W Anglii nie miewała z nimi styczności, w Egipcie częściej, ale jednak nadal sporadycznie. Głównie na targach i w knajpach, bo nie lubiła kiedy kręcili się po wykopaliskach. Ale żeby z jakimś tańczyć…? To nie tak, że była na nie, po prostu… Wolała poświęcić czas temu, który ją tutaj zaprosił. Ostatecznie mugole też miewali coś ciekawego do powiedzenia, miała tego jasne potwierdzenie na ognisku pod koniec maja… Ale jednak… Hyym. Zmierzyła go uważnym spojrzeniem – nie był zły, chociaż kompletnie nie w jej typie, jednak obdarowała go szerokim uśmiechem, gdy się do niej odezwał.
– Cześć – odpowiedziała i pozwoliła mu wypuścić z siebie te wszystkie zdania. – Miło cię poznać. Możesz mi mówić Gwen – i właściwie to nie było kłamstwo, tyle, że z jej znajomych prawie nikt tak nie mówił. Utarło się Ginny od Ginewry, ale jeśli to imię zapisać jako Gwenhwyfar, w walijskiej formie, to zdrobnieniem zdecydowanie byłoby wtedy Gwen. – Właściwie to dawno nie tańczyłam, ale dam z siebie wszystko. Możesz mnie prowadzić – to, że dawno nie tańczyła… Peter z pewnością słyszał, że Ginny, czy raczej Gwen, mówiła z akcentem, nie była w stanie tego zmienić prostą zmianą wyglądu i nawet nie próbowała. Pewnie mógł połączyć kropki po swojemu, że może długo nie była w kraju, i inne takie… Kiedy wyciągnął do niej rękę, ona podała mu swoją, pozwalając się poprowadzić, by mieli więcej miejsca na ten cały… taniec.