09.02.2024, 21:25 ✶
Odwzajemnił uśmiech Heather. Zarówno Beltane, jak i otaczające je wydarzenia zdecydowanie zbliżyły ich do siebie, może nawet szybciej niż by sobie tego życzyli. Z perspektywy czasu przyczyniło się to jednak to zdrowego oczyszczenia ich relacji z wielu zmartwień i niedopowiedzeń. Cameron miewał problemy z zazdrością, nawet jeśli starał się jej nie okazywać na co dzień, a przyłapany uparcie by twierdził, że nic takiego nigdy nie miało miejsca.
Robił się podejrzliwy za każdym razem, gdy spotykał kolejnego ''przyjaciela'' lub ''przyjaciółkę'' Heather albo Charlesa. Nawet w szkole byli ze sobą bliżej niż jakakolwiek inna grupa rówieśników. Dodając do tego fakt, że Lupin miał problemy z samooceną, nic dziwnego, że podświadomie nachodziły go złe przeczucia, gdy na horyzoncie pojawiał się potencjalny rywal lub rywalka. Zdecydowanie postrzegał siebie jako najsłabszego piona w ich trio.
— Naprawdę? — Zmarszczył czoło, mrużąc przy tym oczy, dosyć ostentacyjnie podając w wątpliwość słowa Rudej. — A gdybym... czysto hipotetycznie... miał przyjemność spotkać na sali operacyjnej jednego z twoich ulubionych piosenkarzy, który był praktycznie na mojej łasce i... czysto hipotetycznie... zapomniał go poprosić o autograf, pomimo tego, że zanim odpłynął po lekach, to pytał, czy nie lekarze nie będą chcieli jakiejś pamiątki?
Zaśmiał się pod nosem. Oczywiście był to tylko żart, ale wolał na przyszłość, jak powinien się zachować, gdyby taki scenariusz zaistniał. Praca w Szpitalu św. Munga rządziła się swoimi prawami i nigdy nie można było przewidzieć co się konkretnie stanie i kiedy.
— Taka dziewczyna jak ty skarb — rzucił z cichym parsknięciem, aby po chwili dać Rudej delikatnego prztyczka w nos. — Jesteś odważna. Potrafisz sobie poradzić w każdej sytuacji. Masz dobre kości, bo szybko się je składa do kupy... Nawet prac domowych się boisz. — Nakrył dłońmi swoje policzki, jakby chciał ukryć rumieńce. — Eh, gdybyś tylko nie wpakowywała się tak często Śmierciożercom pod różdżkę...
Nie, żeby sam był o wiele lepszy. Wspomnienia z nocy, gdy wraz z Charliem nieoczekiwanie stali się świadkami próby porwania Christie przez Śmierciożerców, wyryły się w jego głowie. Wprawdzie pełnił tam bardziej rolę wsparcia, niźli wojownika, tak emocje towarzyszące tym chwilom i tak go chwilami pochłaniały. Westchnął przeciągle, odwracając wzrok od Heather, aby znowu skupić się na stercie prania. Nie powinien w ogóle zaczepiać tego tematu. Zwłaszcza że to nie był pierwszy raz.
Brygada Uderzeniowa była prawdziwym powołaniem Heather. Jeszcze parę lat temu chyba nikt nie zgadłby, że zrezygnuje z rozgrywek Quidditcha na rzecz latania po mieście, magicznych wioskach i jakichś odludziach za przestępcami, potworami i Śmierciożercami. Widział, że sprawia jej to radość, pomimo tego, że każdy dzień mógł przynieść do jej życia coraz to gorsze okropieństwa. Zawarte tam trwałe przyjaźnie jak chociażby ta relacja mistrza i ucznia z młodą Longbottom. Pod jej opieką powinna być bezpieczna, ale... i tak się martwił.
— Sorry, wiesz, że nie mam nic złego na myśli — mruknął po dłuższej chwili, robiąc się nieco spięty. — Nie jestem przyzwyczajony do tego, że ktoś na kim mi tak zależy, pakuje się w takie... sytuacje. — Skrzywił się, powstrzymując się przed wypowiedzeniem słowa bagno. — Moja rodzina nie ma nic wspólnego z walką, pojedynkowaniem się, czy obroną państwa. Jesteśmy medykami. I poza tym, tak długo, jak ktoś jest bezpieczny, tak długo żyje.
Zależało mu na zapewnieniu Rudej bezpieczeństwa. Nie zamknie jej w złotej klatce, bo na takową nie było go nawet obecnie stać. Może nazbierałby drobne na akwarium, ale to by raczej nie zwróciło jej uwagi na zbyt długo. Co mu więc pozostawało? Udzielanie rad, wzmaganie większej czujności i pilnowanie, żeby faktycznie na siebie uważała. Brzmiał przy tym zapewne jak zacięta płyta, jednak... Tak okazywał uczucia. Gdyby mu nie zależało, to przy każdej ryzykownej sytuacji wypychałby ją przed szereg.
Skoro nie mógł jej bronić bezpośrednio, to musiał znaleźć na to inne sposoby. Przyziemne. Oferowanie darmowych usług medycznych było jednym z nich, ale oprócz tego mógł też zaproponować jej przytulny kąt na Pokątnej, ciepły posiłek z fast fooda po mugolskiej stronie miasta i tanie piwo kremowe kupione po znajomości w Dziurawym Kotle. Jeśli to nie jest miłość, to nie wiem, jak ona ma wyglądać, pomyślał z przekąsem.
— Mhmm... Dobry pomysł. — Skinął spolegliwie głową, zaczynając buszować pośród ciuchów, co by znaleźć te cholerne fartuchy.
Mógł się założyć, że gdyby zrobić tu gruntowne porządki, to znalazłyby się te wszystkie kombinezony medyczne, które pogubił od rozpoczęcia stażu. Na start dostał parę zestawów ze Szpitala św. Munga, jednak parę zamówił też na własną rękę... A ostatnio to już nawet podbierał je bratu, chociaż musiał dosyć mocno podwijać rękawy, żeby nie wyglądać w jego faruchach jak klaun.
— Okej, to chyba wszystkie — stwierdził, unosząc w powietrze wszystkie zebrane sztuki. — To co? Zaczynamy od nich? — Sortowanie to było jedno, ale nastawienie prania, to była zupełnie oddzielna kwestia. Ohohohoh, będzie ciekawie. — Damy przodem!
Robił się podejrzliwy za każdym razem, gdy spotykał kolejnego ''przyjaciela'' lub ''przyjaciółkę'' Heather albo Charlesa. Nawet w szkole byli ze sobą bliżej niż jakakolwiek inna grupa rówieśników. Dodając do tego fakt, że Lupin miał problemy z samooceną, nic dziwnego, że podświadomie nachodziły go złe przeczucia, gdy na horyzoncie pojawiał się potencjalny rywal lub rywalka. Zdecydowanie postrzegał siebie jako najsłabszego piona w ich trio.
— Naprawdę? — Zmarszczył czoło, mrużąc przy tym oczy, dosyć ostentacyjnie podając w wątpliwość słowa Rudej. — A gdybym... czysto hipotetycznie... miał przyjemność spotkać na sali operacyjnej jednego z twoich ulubionych piosenkarzy, który był praktycznie na mojej łasce i... czysto hipotetycznie... zapomniał go poprosić o autograf, pomimo tego, że zanim odpłynął po lekach, to pytał, czy nie lekarze nie będą chcieli jakiejś pamiątki?
Zaśmiał się pod nosem. Oczywiście był to tylko żart, ale wolał na przyszłość, jak powinien się zachować, gdyby taki scenariusz zaistniał. Praca w Szpitalu św. Munga rządziła się swoimi prawami i nigdy nie można było przewidzieć co się konkretnie stanie i kiedy.
— Taka dziewczyna jak ty skarb — rzucił z cichym parsknięciem, aby po chwili dać Rudej delikatnego prztyczka w nos. — Jesteś odważna. Potrafisz sobie poradzić w każdej sytuacji. Masz dobre kości, bo szybko się je składa do kupy... Nawet prac domowych się boisz. — Nakrył dłońmi swoje policzki, jakby chciał ukryć rumieńce. — Eh, gdybyś tylko nie wpakowywała się tak często Śmierciożercom pod różdżkę...
Nie, żeby sam był o wiele lepszy. Wspomnienia z nocy, gdy wraz z Charliem nieoczekiwanie stali się świadkami próby porwania Christie przez Śmierciożerców, wyryły się w jego głowie. Wprawdzie pełnił tam bardziej rolę wsparcia, niźli wojownika, tak emocje towarzyszące tym chwilom i tak go chwilami pochłaniały. Westchnął przeciągle, odwracając wzrok od Heather, aby znowu skupić się na stercie prania. Nie powinien w ogóle zaczepiać tego tematu. Zwłaszcza że to nie był pierwszy raz.
Brygada Uderzeniowa była prawdziwym powołaniem Heather. Jeszcze parę lat temu chyba nikt nie zgadłby, że zrezygnuje z rozgrywek Quidditcha na rzecz latania po mieście, magicznych wioskach i jakichś odludziach za przestępcami, potworami i Śmierciożercami. Widział, że sprawia jej to radość, pomimo tego, że każdy dzień mógł przynieść do jej życia coraz to gorsze okropieństwa. Zawarte tam trwałe przyjaźnie jak chociażby ta relacja mistrza i ucznia z młodą Longbottom. Pod jej opieką powinna być bezpieczna, ale... i tak się martwił.
— Sorry, wiesz, że nie mam nic złego na myśli — mruknął po dłuższej chwili, robiąc się nieco spięty. — Nie jestem przyzwyczajony do tego, że ktoś na kim mi tak zależy, pakuje się w takie... sytuacje. — Skrzywił się, powstrzymując się przed wypowiedzeniem słowa bagno. — Moja rodzina nie ma nic wspólnego z walką, pojedynkowaniem się, czy obroną państwa. Jesteśmy medykami. I poza tym, tak długo, jak ktoś jest bezpieczny, tak długo żyje.
Zależało mu na zapewnieniu Rudej bezpieczeństwa. Nie zamknie jej w złotej klatce, bo na takową nie było go nawet obecnie stać. Może nazbierałby drobne na akwarium, ale to by raczej nie zwróciło jej uwagi na zbyt długo. Co mu więc pozostawało? Udzielanie rad, wzmaganie większej czujności i pilnowanie, żeby faktycznie na siebie uważała. Brzmiał przy tym zapewne jak zacięta płyta, jednak... Tak okazywał uczucia. Gdyby mu nie zależało, to przy każdej ryzykownej sytuacji wypychałby ją przed szereg.
Skoro nie mógł jej bronić bezpośrednio, to musiał znaleźć na to inne sposoby. Przyziemne. Oferowanie darmowych usług medycznych było jednym z nich, ale oprócz tego mógł też zaproponować jej przytulny kąt na Pokątnej, ciepły posiłek z fast fooda po mugolskiej stronie miasta i tanie piwo kremowe kupione po znajomości w Dziurawym Kotle. Jeśli to nie jest miłość, to nie wiem, jak ona ma wyglądać, pomyślał z przekąsem.
— Mhmm... Dobry pomysł. — Skinął spolegliwie głową, zaczynając buszować pośród ciuchów, co by znaleźć te cholerne fartuchy.
Mógł się założyć, że gdyby zrobić tu gruntowne porządki, to znalazłyby się te wszystkie kombinezony medyczne, które pogubił od rozpoczęcia stażu. Na start dostał parę zestawów ze Szpitala św. Munga, jednak parę zamówił też na własną rękę... A ostatnio to już nawet podbierał je bratu, chociaż musiał dosyć mocno podwijać rękawy, żeby nie wyglądać w jego faruchach jak klaun.
— Okej, to chyba wszystkie — stwierdził, unosząc w powietrze wszystkie zebrane sztuki. — To co? Zaczynamy od nich? — Sortowanie to było jedno, ale nastawienie prania, to była zupełnie oddzielna kwestia. Ohohohoh, będzie ciekawie. — Damy przodem!