Morpheus pamiętał Samuela jak przez mgłę. Najbardziej w jego głowie zapisały się te nieziemsko niebieskie oczy, odziedziczone po ojcu. Tego jednak się nie mówiło na głos, bo odkrywałoby to znajomość z jego rodzicami, a on, niemal ich równolatek, znał jego rodziców z czasów szkolnych. Pamiętał miękkość i okrągłość Alistaira, zresztą Samuel wyglądał niemal identycznie, jak ojciec, jedynie dużo mocniej ociosany przez życie, oraz dziwne, niepokojące ptasie ruchy głowy Bereniki, gdy siedziała nad jakimś problemem spoza jej ulubionej dziedziny. Tożsamość rodziców Sama należała do tego rodzaju sekretów, które lepiej zachować dla siebie, które mogą znać dwie osoby tylko wtedy, gdy jedna z nich jest martwa. Longbottomowie ukrywali w swojej posiadłości już osoby uciekające przed samosądem za zdradę krwi, a tutaj? Gdyby ktokolwiek wiedział o ślubie Blacka i McGonagall, ród straciłby status czystej krwi. Oczywiście nie za sam fakt ślubu. Urodził im się męski potomek. Black półkrwi, który przeniesie dalej nazwisko. Dlatego uznawał, że nie pamięta. Ani jego matki, ani jego ojca, ani jego samego. Nie w tych czasach, gdy trwała wojna o czystość krwi. Oczywiście, kwestia wydziedziczenia głaskała całość, nadal jednak... W wojnie o czystość krwi coś takiego mogłoby okazać się być albo nie być dla rodu Blacków.
Uścisnął dłoń Samuela, już oczyszczoną z piasku. Mężczyźni byli niemal jak dzień i noc, nie tylko w swojej aparycji, ale również w każdym innym aspekcie. Dłoń Morpheusa, o długich palcach pianisty, doskonałych do tasowania kart, była miękka i sucha. Przy leśniczym, wróżbita wyglądał niemal jak wiotka zjawa, gdy podmuch wiatru poruszał elegancką szatą, noszoną z nonszalancką swobodą. Dla niego nie było to niewygodne, odświętne ubranie, a druga skóra. Uścisk nie był tym śniętej ryby, ale również nie stanowił pokazu siły czy dominacji. Czarodziej nie musiał niczego nikomu udowadniać.
— To właściwie wspaniale, nie jestem po wczoraj w nastroju do korzystania z uciech rozrywek wodnych. I co sądzi pana eksperckie oko? — zapytał, stając połowicznie w kierunku drugiego mężczyzny, a częściowo do złocącej się zachodem słońca tafli jeziora, nie spuszczając jednak wzroku z Sama; czy niedźwiedziowi się wydawało, czy on w ogóle nie mrugał? Z bosymi stopami i wykrochmaloną koszulą Moprheus wyglądał w połowie między światami, niby nie na miejscu, ale jednak w harmonii ze światem.