10.02.2024, 00:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.02.2024, 00:53 przez Cameron Lupin.)
To nie była jej wina. Taki po prostu już był. Chociaż jego problemy z samooceną wciąż były obecne, tak starał się im nie ulegać. Tutaj jednak zadziałała jego duma... Już i tak wystarczająco dużo narzekał na pracę Heather w ostatnich miesiącach. Musiała mieć tego kompletnie dosyć, chciał więc dać jej coś, co jej to wynagrodzi. Co więcej, nie samą pracą żył człowiek, a chociaż Ruda miała bardzo poważną posadę, tak Cameron nie chciał, aby się w niej zatraciła. A miał wrażenie, że gdyby nie była taka dzika, to ku temu by to zmierzało.
Dobrze było mieć swoje tajemnice. Owszem, wolałby otrzymać zaproszenie osobiście lub wygrać je w konkursie organizowanym przez Proroka Codziennego, ale nie był aż tak ważny. Był tylko gościem, który dla paru pismaków był znany z tego, że Wood przedstawiała go jako swojego chłopaka łamane na narzeczonego. Gdyby napisał do kogokolwiek z mediów o przysługę, podesłaliby co najwyżej pod Aptekę Lupinów jakiegoś fotografa, żeby złapał Heather z samego rana. Ta intryga była dla niego swoistym symbolem tego, że potrafił załatwić coś samodzielnie, a przy tym nie wykorzystać do tego znajomości czy rozpoznawalności swojej dziewczyny.
— To s-super! — Odwzajemnił jej uśmiech, chociaż jego wargi zadrżały nerwowo.
Impreza miała potencjał do tego, aby faktycznie zapaść jej w pamięć, a więc był na dobrej drodze. Oby teraz tylko niczego nie zepsuć. I tak mu dopomóż Merlinie i Matko Naturo.
— Co nie? — sarknął pod nosem, zatrzymując się na moment, gdy z naprzeciwka ruszyły w ich stronę dwie rozgadane pary. Cameron przesunął się nieco na bok, żeby umożliwić im swobodne wyminięcie ich, po czym wznowił marsz przez korytarze posiadłości. — I coś się nie zapowiada na to, żeby chociaż wznieśli t-toast na jakiś cel cha-charytatywny. — Uśmiechnął się krzywo pod nosem. Ostatnio przynajmniej byli oficjalnie zaproszeni i wywalczyli sobie miejsca w pierwszym rzędzie. — Nawet nie wpadł mi w oko nikt, kogo właściciele mogliby wystawić na sprzedaż.
Wiosenne przyjęcie dobroczynne w Dolinie Godryka było dla niego szalenie surrealistyczne. Z perspektywy czasu ta cudowna, pełna wrażeń noc przypieczętowała też początek zmian w otaczających ich świecie. W sumie było tam nawet zabawnie. Napili się za darmo, wzięli udział w aukcji, popatrzyli sobie, jak to Brenna Longbottom handluje swoim rodzonym bratem, a noc zakończyli w ogrodzie, posyłając w ciemność nocy kolejne salwy śmiechu. Akurat to nie było samo w sobie nieprzyjemne. To wiadomości, jakie dostali nazajutrz sprawiły, że nigdy już nie zdołają spojrzeć na ten dzień w pełni pozytywnym świetle.
— Nie wiedziałem, że tak lubisz skrzyyyypce! —zaczął, jednak zaraz został poprowadzony przez Heather do przodu.
Zaczął rozglądać się gorączkowo na prawo i lewo, szepcząc pod nosem szczątkowe słowa przeprosin, gdy potykali się o kolejne kobiety i towarzyszących im mężczyzn. Tłumek zaczął im wprawdzie ustępować, jednak Lupin czuł na plecach ich wzrok. Na tym właśnie polegała różnica w imprezie Longbottomów, a przyjęciu kogośtam: tutaj nie mieli żadnej protekcji ze strony gospodarza. Ba, nie mieli nawet przy sobie zaproszeń, jakimi mogli się podeprzeć na wypadek jakiejś ostrzejszej wymiany zdań. Jak podpadną, to będą kompletnie udupieni.
— Heather, w-wolniej tro-ochę! — wymamrotał, pozwalając się jednak dalej prowadzić przez Rudą. Spuścił wzrok na swoje buty, gdy jakaś starsza blondynka spojrzała na niego z góry. — P-prawie ją p-p-odeptałaś. T-to się nie skończy za dobrze...
Kiedy się w końcu zatrzymali, wylądowali tuż przed parkietem na którym tańczyło kilka gustownie ubranych par w różnym wieku. Za tancerzami, na lekkim pdwyższeniu znajdowała się ekipa grajków-muzykantów, którzy również przywdziali stroje odpowiednie epoce. Ciekawe, czy im za to dodatkowo zapłacili, pomyślał, bo na samą myśl, że miałby spędzić całą noc przygrywając tej bandzie bogaczy w ciasnym surducie, to dwa razy by się zastanowił, czy przyjmować ofertę takiej roboty.
Dobrze było mieć swoje tajemnice. Owszem, wolałby otrzymać zaproszenie osobiście lub wygrać je w konkursie organizowanym przez Proroka Codziennego, ale nie był aż tak ważny. Był tylko gościem, który dla paru pismaków był znany z tego, że Wood przedstawiała go jako swojego chłopaka łamane na narzeczonego. Gdyby napisał do kogokolwiek z mediów o przysługę, podesłaliby co najwyżej pod Aptekę Lupinów jakiegoś fotografa, żeby złapał Heather z samego rana. Ta intryga była dla niego swoistym symbolem tego, że potrafił załatwić coś samodzielnie, a przy tym nie wykorzystać do tego znajomości czy rozpoznawalności swojej dziewczyny.
— To s-super! — Odwzajemnił jej uśmiech, chociaż jego wargi zadrżały nerwowo.
Impreza miała potencjał do tego, aby faktycznie zapaść jej w pamięć, a więc był na dobrej drodze. Oby teraz tylko niczego nie zepsuć. I tak mu dopomóż Merlinie i Matko Naturo.
— Co nie? — sarknął pod nosem, zatrzymując się na moment, gdy z naprzeciwka ruszyły w ich stronę dwie rozgadane pary. Cameron przesunął się nieco na bok, żeby umożliwić im swobodne wyminięcie ich, po czym wznowił marsz przez korytarze posiadłości. — I coś się nie zapowiada na to, żeby chociaż wznieśli t-toast na jakiś cel cha-charytatywny. — Uśmiechnął się krzywo pod nosem. Ostatnio przynajmniej byli oficjalnie zaproszeni i wywalczyli sobie miejsca w pierwszym rzędzie. — Nawet nie wpadł mi w oko nikt, kogo właściciele mogliby wystawić na sprzedaż.
Wiosenne przyjęcie dobroczynne w Dolinie Godryka było dla niego szalenie surrealistyczne. Z perspektywy czasu ta cudowna, pełna wrażeń noc przypieczętowała też początek zmian w otaczających ich świecie. W sumie było tam nawet zabawnie. Napili się za darmo, wzięli udział w aukcji, popatrzyli sobie, jak to Brenna Longbottom handluje swoim rodzonym bratem, a noc zakończyli w ogrodzie, posyłając w ciemność nocy kolejne salwy śmiechu. Akurat to nie było samo w sobie nieprzyjemne. To wiadomości, jakie dostali nazajutrz sprawiły, że nigdy już nie zdołają spojrzeć na ten dzień w pełni pozytywnym świetle.
— Nie wiedziałem, że tak lubisz skrzyyyypce! —zaczął, jednak zaraz został poprowadzony przez Heather do przodu.
Zaczął rozglądać się gorączkowo na prawo i lewo, szepcząc pod nosem szczątkowe słowa przeprosin, gdy potykali się o kolejne kobiety i towarzyszących im mężczyzn. Tłumek zaczął im wprawdzie ustępować, jednak Lupin czuł na plecach ich wzrok. Na tym właśnie polegała różnica w imprezie Longbottomów, a przyjęciu kogośtam: tutaj nie mieli żadnej protekcji ze strony gospodarza. Ba, nie mieli nawet przy sobie zaproszeń, jakimi mogli się podeprzeć na wypadek jakiejś ostrzejszej wymiany zdań. Jak podpadną, to będą kompletnie udupieni.
— Heather, w-wolniej tro-ochę! — wymamrotał, pozwalając się jednak dalej prowadzić przez Rudą. Spuścił wzrok na swoje buty, gdy jakaś starsza blondynka spojrzała na niego z góry. — P-prawie ją p-p-odeptałaś. T-to się nie skończy za dobrze...
Kiedy się w końcu zatrzymali, wylądowali tuż przed parkietem na którym tańczyło kilka gustownie ubranych par w różnym wieku. Za tancerzami, na lekkim pdwyższeniu znajdowała się ekipa grajków-muzykantów, którzy również przywdziali stroje odpowiednie epoce. Ciekawe, czy im za to dodatkowo zapłacili, pomyślał, bo na samą myśl, że miałby spędzić całą noc przygrywając tej bandzie bogaczy w ciasnym surducie, to dwa razy by się zastanowił, czy przyjmować ofertę takiej roboty.