10.02.2024, 01:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.04.2024, 05:15 przez Ambrosia McKinnon.)
Rosie wcale nie była pewna, co właśnie próbowała na tych schodach zrobić. Chyba chciała być sprytna i pokonać parę jednym dużym krokiem, ale gdzieś po drodze pogubiła kroki, pięta omsknęła jej się z krawędzi schodka i zwyczajnie zjechała na tyłku po trzech ostatnich stopniach, w akompaniamencie rzuconej przez siebie dramatycznej kurwy. A Stanley mógł to wszystko dokładnie słyszeć w tej swojej zapyziałej Głębinie, po której dźwięk niósł się wręcz cudownie, kiedy wciąż była w trakcie remontów, przebudowań i napraw, które w niej aktualnie trwały.
McKinnon postanowiła sobie chwilę posiedzieć, chyba przeznaczając nieco czasu na to, by zastanowić się po kiego w ogóle grzyba jej się tak śpieszyło i czy wszystkie kości miała na miejscu, bo bark rwał ją od tego, że kiedy omsknęła się to złapała za barierkę, uwiesiwszy się niemal całym swoim ciężarem na ręce, w ten sposób próbując się ratować. Nie wiedziała, ile właściwie kości powinna wziąć w tym rozliczeniu pod uwagę, ale po chwili bezruchu doszła do wniosku, że chyba wszystko było jednak w porządku. Tylko ta cholerna ulotka jej gdzieś wypadła, w powolnym tańcu odlatując poza zasięg dłoni.
- Stanley, jesteś? - krzyknęła, zbierając się z ziemi, bo przecież równie dobrze wcale nie musiał aktualnie siedzieć w tej piwnicy. Mógł wybyć w sprawach dowolnych, jak chociażby grzeczne pójście na zmianę w Ministerstwie, nie to żeby znała jego kalendarz pracy na czerwiec. Rozejrzała się dookoła, rozmasowując przy tym ostrożnie bark, szukając spojrzeniem ulotki, którą tego ranka zastała w swojej poczcie, zaraz pod kopertą dostarczoną przez sowę Stacha. Serio, powinni sobie zainstalować jakieś rury przesyłowe, żeby nie musieć posyłać sobie ptaków przez klatkę schodową. Może nawet mu to zaproponuje, jak nie zapomni.
Podniosła ulotkę i podreptała dalej, zaglądając w pierwszej kolejności do pomieszczenia, które miało być dumnie nazywane biurem, a które jej zdaniem było tak samo obskurne jak reszta lokalu. Można by pomyśleć, że na przestrzeni lat przywykła do ogólnej atmosfery lokali na Podziemnych Ścieżkach, ale prawda była taka, że podchodziła do nich chyba o wiele bardziej krytycznie jak do każdych innych.
- Pokaż mi ten pamflet, co go dostałeś - rzuciła do niego, przeglądając bezpardonowo papiery na jego biurku, ale zaraz zatrzymała się, jakby złapawszy nagle na czymś. Zmrużyła oczy. - I nie, nie ma nic wspólnego z pantoflem. Chodzi mi o ulotkę o której pisałeś.
McKinnon postanowiła sobie chwilę posiedzieć, chyba przeznaczając nieco czasu na to, by zastanowić się po kiego w ogóle grzyba jej się tak śpieszyło i czy wszystkie kości miała na miejscu, bo bark rwał ją od tego, że kiedy omsknęła się to złapała za barierkę, uwiesiwszy się niemal całym swoim ciężarem na ręce, w ten sposób próbując się ratować. Nie wiedziała, ile właściwie kości powinna wziąć w tym rozliczeniu pod uwagę, ale po chwili bezruchu doszła do wniosku, że chyba wszystko było jednak w porządku. Tylko ta cholerna ulotka jej gdzieś wypadła, w powolnym tańcu odlatując poza zasięg dłoni.
- Stanley, jesteś? - krzyknęła, zbierając się z ziemi, bo przecież równie dobrze wcale nie musiał aktualnie siedzieć w tej piwnicy. Mógł wybyć w sprawach dowolnych, jak chociażby grzeczne pójście na zmianę w Ministerstwie, nie to żeby znała jego kalendarz pracy na czerwiec. Rozejrzała się dookoła, rozmasowując przy tym ostrożnie bark, szukając spojrzeniem ulotki, którą tego ranka zastała w swojej poczcie, zaraz pod kopertą dostarczoną przez sowę Stacha. Serio, powinni sobie zainstalować jakieś rury przesyłowe, żeby nie musieć posyłać sobie ptaków przez klatkę schodową. Może nawet mu to zaproponuje, jak nie zapomni.
Podniosła ulotkę i podreptała dalej, zaglądając w pierwszej kolejności do pomieszczenia, które miało być dumnie nazywane biurem, a które jej zdaniem było tak samo obskurne jak reszta lokalu. Można by pomyśleć, że na przestrzeni lat przywykła do ogólnej atmosfery lokali na Podziemnych Ścieżkach, ale prawda była taka, że podchodziła do nich chyba o wiele bardziej krytycznie jak do każdych innych.
- Pokaż mi ten pamflet, co go dostałeś - rzuciła do niego, przeglądając bezpardonowo papiery na jego biurku, ale zaraz zatrzymała się, jakby złapawszy nagle na czymś. Zmrużyła oczy. - I nie, nie ma nic wspólnego z pantoflem. Chodzi mi o ulotkę o której pisałeś.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror