Odznaczanie się niską motywacją w prawie wszystkich dziedzinach życia było swoistym forte Esmé. W tych kilku wyjątkach starał się niekiedy aż nazbyt gorliwie, jednak koniec końców - wiele w swoim życiu mógłby poprawić lub osiągnąć. Gdyby co? Gdyby tylko się do tego zabrał i ostatecznie w tym pozostał. Geraldine nawet nie wiedziała, że cecha, która dla innych mogłaby być swoistą wadą, w przypadku rzemieślnika byłaby znaczą zaletą. On potrzebował takich kopniaków - świadomych czy nie. Nawet jeżeli sam nie był tego świadomym, tak obiektywnie rzecz ujmując - byłby większym człowiekiem, gdyby więcej chociaż spróbował. Gdyby więcej się postarał. Gdyby nie patrzył tak tunelowo na swoje życie.
Pokiwał głową, potwierdzając. Tak, klienci do niego wracali. Rowle osiągnął, swoim zdaniem, idealny balans w swoim fachu. Zazwyczaj pasja, której poświęcało się większość czasu źle wpływała na życie prywatne, lecz nie w tym przypadku. Rzemiosło było tym, co trzymało Czarodzieja przy życiu, tak naprawdę. Coś, co wypełniało jego życie jakąś wartością. Pracownia, klienci, zamówienia, to była swoista przykrywka, by móc tworzyć. By jego dzieła zostały docenione, a tym samym sam czuł się doceniony. Zyskiwał tak wiele na samym procesie wytwarzania, a niekiedy nawet jedynie przerabiania, naprawiania czy zupełnego restaurowania. Nawet jakby miał zostać niewolnikiem i pracować za darmo, to i tak dawałby z siebie wszystko. Bo tylko to, tak naprawdę, miał. Tworzył na sto procent swoich możliwości i zawsze starał osiągnąć się ten jeden procent więcej, a jego ceny? Niskie. Zaskakująco niskie, nawet jak na warsztat po stronie Nokturnu. Wysoka jakość i niska cena - klienci nie mieli powodów by nie wracać. Dyskrecja była dorzucana w gratisie. Paradoksalnie - więcej na tym wszystkim zyskiwał wciąż Esmé.
Przemilczał kwestię zapamiętywania jego słów o ryzyku. Nie dlatego, że obawiał się, a dlatego, że postawił tutaj kropkę. Lubił ryzyko i jeżeli Ger postanowiła go przetestować... tym lepiej. Ona mogła się zastanawiać nad słusznością fascynacji niebezpieczeństwem, lecz dla Czarodzieja nie było miejsca na rozważania. Ryzyko, tak jak i rzemiosło, dostarczało do jego życia bodźców, których mu brakowało. Gdyby nie ryzyko, to byłby zdecydowanie bardziej pusty. Gdyby nie ryzyko, to w jego życiu byłoby znacznie więcej marazmu, nudy, obojętności. Stopniowo popadałby w większą otchłań, z której tylko coraz mocniejsze doznania byłyby w stanie go wyrwać. A nie był święty, wręcz przeciwnie - był skory do grzechów małych i dużych. Jego walka z emocjonalną ciszą była równie beznamiętnie desperacka. Aktualnie znajdował się w dobrej kondycji psychicznej, nie wyobrażał sobie siebie w naprawdę mrocznych scenariuszach. Ale wiedział, że gdyby ta spirala wciągnęła go za głęboko, to nie zawahałby się popełnić rzeczy, o które nie chciał nigdy siebie posądzać. Kolejną sprawą był prosty fakt wynikający z logiki - jeżeli istniało ryzyko, to nie istniała obojętność. Coś musiało mieć znaczenie.
Naprawdę uroczym kontrastem było zawstydzenie tej wybitnej łowczyni zaraz po słowach o tym, jak to nie potrafiłaby się powstrzymać od polowań. Esmé, pełen zadowolenia, przyglądał się jej, chłonąc ten widok i swoje dzieło. Tak, czerpał satysfakcję z zawstydzania jej. Wciąż. Od samego początku, od pierwszych sygnałów, że jest w stanie. Było coś fascynującego w tym uroku - delikatność, niezwykła kobiecość stojąca tuż obok cech, jakie były zazwyczaj przypisywane mężczyznom - odwaga, waleczność, zamiłowanie do rywalizacji.
- Nie będę ukrywał, że niezwykle przyjemnym zajęciem jest zawstydzanie ciebie, chociaż częściej wychodzi to jako efekt uboczny mojej szczerości. - zaczął lekko, odchylając się nieco do tyłu, dodając jego spojrzeniu pewnej... arogancji. - Sama wiesz najlepiej jak trudny masz zawód. Sama też jesteś świadoma jak wielu wyrzeczeń wymaga i jak wiele niezrozumienia potrafi budzić. Mimo wszystko wkładasz w niego całe serce i dążysz do perfekcji. To widać. Powinnaś pokładać w tym więcej dumy. Powinnaś częściej przypominać sobie, jak niesamowita jesteś. - niby brzmiało, jakby po prostu ją komplementował, ale jednak arogancja nie przeminęła, co mogło tworzyć wrażenie, jakby rzemieślnik mówił coś, co myślał o sobie, ale tym razem dopasował do tego Ger. I tak, tak właśnie było. Nie mówił, że był wspaniały, ale w odniesieniu do swojego zawodu? Był wybitny. Wiedział to, że był. Nie musiało mieć to pokładów w czystej ambicji - to nie miało znaczenia. W jego przypadku, jak już zostało to wspomniane, wynikało to wszystko z potrzeby. Tak czy inaczej, po tych słowach jeszcze chwilkę w milczeniu przyglądał się Yaxley, aż w końcu przymknął oczy i opuścił głowę, przestając ją zadzierać.Tak, zdecydowanie była czujna. Pokazywała to raz za razem. Metaforyczny sztylet zręcznie pojawiał się przy gardle Esmé, by zaraz się od niego odsunąć, a nawet zniknąć z pola widzenia, by nim zdołał się spostrzec - znaleźć się tuż przy innym witalnym punkcie. Ale każdy kiedyś chybiał. Nawet najcelniejszy strzelec wśród magów i mugoli.
- Tak. - odparł krótko na jej pytanie, mając beznamiętne spojrzenie i równie nijaką minę. Jakby wszystkie te prychnięcia, śmiechy, uśmiechy i zerkania pełne dumy, arogancji czy cwaniactwa były tylko snem, rozmywającym się gdzieś w pamięci. Rowle rozłożył ręce, stanął w miejscu, czekał na sztylet, bo wiedział, że nawet najgłębsze pchnięcie w ten punkt nie jest w stanie go zranić. Ani trochę. - Tak samo jak jestem w stanie natychmiast określić czy coś mi smakuje. Albo czy coś ładnie pachnie. Albo czy lubię ten utwór. - w tych słowach brakowało równego traktowania wszystkich. Esmé właśnie jasno podkreślał, że właściwie od pierwszego spotkania wiedział wystarczająco dużo na temat drugiej osoby, by móc subiektywnie uznać ją za nudną lub ciekawą. I nie uważał, że to co mówił jest bezczelne, złe czy po prostu niewłaściwe. Każdy był subiektywny. Każdy wybierał ludzi, którymi się otaczał na podstawie własnego gustu. On zwyczajnie potrzebował mniej informacji. Wystarczy że dostrzegł jedną lub dwie cechy, których odpowiednia "stymulacja" okazywałaby się owocna, by ktoś był ciekawy. Należało dawać takim osobom odpowiednie okazje, mieć w ogóle chęć rzucania na nich światła, by ci mogli błyszczeć, a by Rowle mógł samolubnie cieszyć się ich blaskiem. Wierzył, że Ger zrozumiała metaforę, ale też nie był z tego typu ludzi, którzy nadmiernie tłumaczyli swoje myśli i słowa. Właściwie... prawie zawsze wyrzucał je z siebie i miał gdzieś czy ktoś je odpowiednio zrozumiał. Interpretacje często pozostawiał drugiej osobie, bo czasami im bardziej niewłaściwa była, tym ciekawiej się na to patrzyło. Zatem nie dodał, że niektóre smaki się nabywało z czasem, należało do nich przyzwyczaić. A niektóre zapachy nudziły się z wiekiem. Nic na świecie nie było stałe i chcąc tłumaczyć to w każdej myśli... człowiek spędziłby wieczność.Pustka emocjonalna wyrażana twarzą rzemieślnika nie przemijała. Przechylił lekko głowę na bok, przymykając na moment oczy, jakby na chwilę wracał do jakiegoś wspomnienia. Wspomnienia, które sprawiło, że mimowolnie drgnęła mu brew niczym w grymasie niezadowolenia czy nagłego ukłucia bólu.
- Nie znam Twojej sytuacji, ale odnoszę wrażenie, że lekcje masz już za sobą. Teraz musisz wyciągnąć z niej naukę. - odparł półgłosem, otwierając oczy nieśpiesznie, jakby zmęczony. Ponownie nie tłumaczył swoich słów, chociaż te brzmiały pewnie jeszcze bardziej enigmatycznie. Nie dało się przekazać wiedzy na temat ludzi. Tej ekspertyzy, którą nabywało się... no właśnie, wraz z czasem, doświadczeniem, ale przede wszystkim - cierpieniem. Bólem, który zadawali, bólem który otwierał nam oczy na cechy, wobec których dotychczas byliśmy ślepi. Wtedy pewne rzeczy wydawały się oczywiste, a nasze decyzje wręcz absurdalne. Każdy poznawał się na ludziach, prędzej czy później. I każdy musiał najpierw wycierpieć swoje. Takie były tego koszta. Tak samo, jak trening rozrywał mięśnie, by zregenerować je silniejszymi i grubszymi. Nie było drogi na skróty, jeżeli efekty miały zostać z nami na dłużej.I beznamiętność nagle prysła, niczym mydlana bańka. Nawet gdyby chciał, to raczej nie potrafiłby ukryć drobnego uśmiechu, jaki wypłynął na jego twarz w momencie zapewnienia Ger, że Ona się nie obawia. Było to tak... pewne, tak zdecydowane, tak bezpośrednie, bez najmniejszego zawahania. Nawet jeżeli Esmé skorzystał ze słowa "obawy" w związku frazeologicznym, a nie mając "obawy" jako strachu na myśli. Gerry natychmiast zareagowała, niczym prawdziwy łowca, który wyczekuje moment do ostatniej chwili i uderza z szybkością błyskawicy.
Wyprostował się, otwierając oczy nieco szerzej. Na moment też otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, lecz zaraz je zamknął, cicho prychając. No tak, kopnięcia. Rzucił te słowa na temat marzenia nawet nie myśląc, że ktoś tak... nonszalancko odpowie, że przecież jest w stanie je osiągnąć i ma ku temu teraz doskonałą okazję. Nawet zastanawiał się czy Yaxley jest świadoma jak wiele jej drobnych zachowań wyrażało, że jest wybitną łowczynią. Rowle poczuł się dosłownie jak zwierzę, które na moment rozkojarzyło się, a teraz... już było zaszczute w potrzask. Miał doskonałą okazję, by móc nauczyć się władać floretem albo innego rodzaju bronią białą. I wystarczyło... zdecydować się, pchnąć motywację. W tym wszystkim pomagał fakt, że Gerry nieświadomie postawiła go w szachu. Motywacja motywacją, ale zawiedzenie się samym sobą to kolejna, osobna sprawa. Blondynka doprowadziła do momentu, w którym niezwykle bolesnym byłoby odmówić tej propozycji, ale niezwykle trudnym było też podjęcie decyzji, że włoży w to wysiłek. Że zmotywuje się.
- Jesteś... - zaczął tym razem on nieco wybity z rytmu. Tak, jakby na moment role się odwróciły, chociaż u niego zamiast zawstydzenia był brak tej równowagi, którą dotychczas zdawało się, że ma perfekcyjną i nie do naruszenia. - ...naprawdę wyjątkowa. - dokończył tę myśl i nabrał głęboko powietrza do płuc, przytrzymując je tam na dłużej. W końcu je wypuścił, niczym by wzdychał. - Pomyślę nad tym. - technika techniką, ale w walce bronią białą kondycja fizyczna miała na pewno ogromne znaczenie. Niezwykle żenującym było wyobrażenie, że Rowle nie dość, że wymachuje mieczem jak kijem, to jeszcze jego ataki mają tyle siły, że równie dobrze mógłby atakować rozgotowanym makaronem. Jeżeli miał z nią ćwiczyć, jeżeli miała naprawdę kiedyś nauczyć go walczyć orężem, to musiał zacząć ćwiczyć. A do tego... już go zmotywowała. Nawet zaczął podejrzewać powoli, że to wszystko jest jej misternym planem - najpierw sprowokować go do pracy nad sobą, nad swoją sylwetką, a później postawić wręcz ultimatum na temat nauki walki, a jeszcze wcześniej wciągnąć w pułapkę, w której to sam proponuje wspólne polowanie. Świadomie czy nie, uginał się w jej stronę tak łatwo, że aż czuł swoiste zażenowanie sobą.Nie taki głupi pomysł. To wystarczało rzemieślnikowi, żeby zaczął nad nim pracować. Właściwie... nawet głupi pomysł wystarczał, bo często te głupie pomysły może nie owocowały sukcesem, ale owocowały kolejnym pomysłem. Tym razem mniej głupim. I tak raz za razem, aż docierało się do tego, który był całkiem, kurwa, sprytny. Rowle uśmiechnął się zadowolony, nie potrzebując ani jednego więcej słowa. Już wiedział, że Gerry pewnie dostarczy mu dodatkowe materiały, te które ma na "zbyciu", które normalnie niezbyt idą, bo prezentują mieszane walory estetyczne - a to jednak estetyka często grała pierwsze skrzypce w rzemiośle tego kalibru. Wiedział też, że zacznie pracować nad pierwszymi próbkami, które wolałby, aby jego wybitna łowczyni nie testowała podczas walki. Wierzył w jej umiejętności, ale wiedział też, że każdy rzemieślnik musi ufać swoim narzędziom. Przy takim testowym sprzęcie... ryzyko było zbyt wielkie, by mógł jej na to pozwolić.
Inaczej sprawa się miała wobec testów, których nie dało się spreparować. Takich jak ten ze sztyletem ze szponu gryfa. Beksa jeszcze chwilę dreptał po projekcie, by zaraz zacząć kręcić się w kółko, aż w końcu zwinął się w kłębek, kładąc swój iskrzący ogonek na własnym karku, żeby nie przeszkadzał w odpoczynku. Bo o odpoczynek chodziło - wszak jaszczurka zamknęła oczka i zaczęła oddychać miarowo coraz wolniej. Za to szybciej zaczął mrugać Esmé.
- Chcesz? - zapytał, chociaż przecież przed sekundą otrzymał odpowiedź, że Geraldine jak najbardziej była zainteresowana podobnym projektem. Jasne, to był ciekawy pomysł, który wypełniał specyficzną niszę - brutalnej obrony w niespodziewanym ataku z bliska albo jak lustrzane odbicie tej akcji - brutalnego ataku z zaskoczenia, gdy ofiara była zaraz obok. Niezależnie o który scenariusz chodziło Gerry, to Esmé podjął już decyzję. - Mam dla ciebie pewną ofertę, Ger. - zaczął, unosząc jedną stronę rulonu z projektem tak, by zsunął się z niego łuskowaty przyjaciel, któremu został przerwany jego kilkusekundowy relaks. Rowle nie czuł się winny, całymi dniami obserwował Beksę jak ten wyleguje się na krawędziach szafek niczym leniwy kot, chłonąc ciepło promieni słonecznych, które nieśmiale zaglądały do Nokturnu. Drobna bestia nie była wcale zmęczona, właściwie robiła zawsze to, na co miała ochotę. Niczym jej pan-towarzysz. - Ty nauczysz mnie fechtunku, a ja stworzę Ci sztylet. - uśmiechnął się szerzej, znów zadowolony z siebie. - Co Ty na to? - puścił rulon, a ten sam zwinął się, podskakując na blacie i turlając się na bok - całe szczęście w kierunek przeciwny do iskier ze Smoczoognika. Rzemieślnik właściwie... znał odpowiedź. Chociaż znał Gerry bardzo krótko, to wiedział, że taki układ sprawia, iż oboje tylko zyskują. Nic nie tracą. Czarodziej nie dość, że miał szansę stworzyć coś ciekawego, miał szansę na... swoistą niespodziankę dodatkowo, to jeszcze w cenie tego wszystkiego była nauka walki. A jego urocza łowczyni? Miała cel do zabicia, materiały do zdobycia i dostarczenia, sztylet do otrzymania i szansę, by móc podzielić się swoimi umiejętnościami. I po prostu zaprezentowanie ich komuś, kto zdecydowanie doceniał sztukę walki tak, jak rzemiosło. - Oczywiście materiały musisz załatwić sama. - dodał na koniec i zaśmiał się lekko, bo... koniec końców nie był szczególnie zamożny i jeszcze chwilę temu nie miał wybitnych kontaktów, by zdobyć tak unikatowy materiał, jak szpon gryfa.Nie czekał właściwie na jej odpowiedź, żwawym krokiem przeszedł za ladę, wziął notes, ołówek i miarkę, którą przerzucił sobie zaraz przez ramię. Wrócił do niej, opierając się tyłkiem i plecami o ladę, by zaraz zacząć coś notować, a może nawet rysować, chociaż widać było, że stawia na razie jedynie proste linie. Z perspektywy Ger widać było oczywiście więcej - górowała w końcu nad nim, zatem dostrzegała kawałek... tabelki, w którą Rowle coś wpisywał powoli.
- Co zakładasz na siebie, gdy wyruszasz na polowanie? - zapytał początkowo nie odrywając wzroku od notesu, ale jak tylko słowa wybrzmiały, to uniósł wzrok, nie unosząc jednak samej głowy wyżej. Spojrzał na blondynkę i uśmiechnął się w ten sam złowróżący sposób. - Możesz pominąć bieliznę, chyba że chcesz się podzielić i tym. - pozwolił sobie na bezczelny żarcik równie bezczelnie się uśmiechając pod nosem, by zaraz jednak wrócić dalej do pisania czegoś. Zaraz jednak zakończył, wsunął ołówek za ucho, a notesik do tylnej kieszeni spodni. Beksa przez ten czas... był zaskakująco grzeczny. Właściwie nic sobie nie zrobił z tego, że został zsunięty z projektu i dalej tkwił zawinięty w kłębek teraz już śpiąc chyba na prawdę. Rowle, jak z przyzwyczajenia, rzucił na niego okiem by upewnić się, że nic nie płonie, po czym zręcznie chwycił za wstążkę z miarką, która wisiała mu na lewym ramieniu. - Wystaw najpierw swoją dominującą rękę, a później drugą. - wierzył, że nie będzie mu utrudniać pracy skoro chciała taki sam sztylet, jak jej zaprezentował. Jeżeli zrobiła co powiedział, to bez skrępowania... chwycił jej dłoń, na razie nie używając w ogóle miarki. Kciuk ułożył na wewnętrznej części jej dłoni, naciskając na nią lekko i przesuwając, przy okazji uważnie przyglądając się nie tylko dłoni, ale też nadgarstkowi i przedramieniu. Po co to wszystko? Mogła zapytać, a mogła pozwolić mu na te specyficzne "testy". A może jednak testy bez cudzysłowu, bo skupienie jakie od niego emanowało wskazywało, że tym razem nie miał nic głupiego na myśli. Zaraz miarką zmierzył jej dłoń, szepcząc sobie wymiary pod nosem, zmierzył też odległości niby to od krańców palców do śródręcza, ale wszystkie te rzeczy robił na tyle szybko, z na tyle wielką wprawą, że ciężko było niewprawnemu oku nadążyć za jego poczynaniami. Zaraz mierzył obwód nadgarstka, długość przedramienia, obwód przy łokciu, obwód za łokciem, obwód w bicepsie, długość ramienia, szerokość barku i tak dalej. Czemu tak wiele wymiarów? Kolejna zagadka dla Ger, którą mogła próbować rozgryźć sama, mogła w ogóle nie być zainteresowana, a mogła po prostu zapytać. Sam Esmé milczał. Teraz nie było na jego twarzy beznamiętności, a... skupienie i czujność, a jego zaskakująco teraz żywe oczy przeskakiwały z miejsca na miejsce, chłonąc jakieś informacje, które tylko on mógł znać. Co jakiś czas wyciągał z kieszeni notesik, zapisywał trzy lub cztery wymiary w tabelce i znów go chował, aż w końcu jak miał wszystko co chciał, to obrócił kartkę i zaczął coś rysować. Wciąż milcząc. Oczywiście to wszystko wydarzyło się tylko i wyłącznie, jeżeli Gerry na to pozwoliła. Jeżeli nie chciała by ten jej mierzył... no to sprawa się komplikowała.