Wood wcześniej miała problem z określeniem swoich uczuć. Ciągle czegoś szukała, tłumaczyła to sobie młodym wiekiem. Dopiero po Beltane zrozumiała, że wszystko ma na wyciągnięcie ręki, że nie musi już więcej szukać, bo miała to szczęście, że dosyć wcześnie w jej życiu pojawił się ktoś, na kim jej faktycznie zależało, z kim była w stanie spędzić całe swoje życie. Szkoda, że uświadomiła sobie to dopiero w chwili, w której prawie wszystko straciła, bo była naprawdę bliska śmierci. Takie sytuacje często otwierają oczy. Tak się dokładnie stało w jej przypadku.
Ruda nie szukała już żadnego towarzystwa, nie miała takiej potrzeby, trzymała się tego, co było dla niej najlepsze, a wiedziała, że Cameron jest dokładnie tym, czego ona potrzebuje. Był jej głosem rozsądku, najlepszym przyjacielem, a ostatnio zrozumiała, że również miłością jej życia. Przestała myśleć o Charlesie, jakoś samoistnie, teraz liczył się dla niej tylko Lupin.
- Nie zrobilbyś tego. - Oparła sobie ręce na biodrach i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. - Nie zrobiłbyś tego nawet czysto hipotetycznie. - Nie sądziła, że by o tym zapomniał, czy celowo tego nie zrobił. Zawsze przecież o niej pamiętał, nie wyobrażała sobie, że kiedykolwiek mogłoby być inaczej.
Mina jej trochę zrzedła, kiedy przeszli do kolejnego tematu. Zdawała sobie sprawę, że to nie jest dla niego proste. Nie powiedziała mu wprost, że angażuje się w coś więcej, chociaż wiedział, że działa nie tylko w BUM, że jest coś więcej. Nie był głupi, wręcz przeciwnie, Camiś był bardzo bystry, musiał zauważyć, że zbyt często pakuje się w kłopoty. Szczególnie, że zawsze kończyło się to tak samo, pokiereszowana lądowała w jego łóżku, aby pomógł jej lizać rany, składał ją do kupy. Była mu za to ogromnie wdzięczna, to nie mogło być łatwe, świadomość, że sama pakuje się w kłopoty, szczególnie, że nie mogła mu opowiadać o wszystkim ze szczegółami. - Wiesz, że muszę to robić, prawda? - Nie potrafiła siedzieć bezczynnie, kiedy niewinnym działa się krzywda, czuła potrzebę zaangażowania się w to, co się działo, musiała pomagać. Miała ku temu odpowiednie umiejętności, ale też zasoby, wszystko samo się wyklarowało, chociaż sama z tym specjalnie nie walczyła. - Nie dam się zabić. - Zapewniła go jeszcze, chociaż nie wiedziała, czy ta deklaracja go uspokoi.
- Wiem, że nie masz nic złego na myśli. To nie jest łatwe, zdaje sobie z tego sprawę, jestem wdzięczna, że ze mnie nie zrezygnowałeś. Mało kto byłby w stanie wytrzymać z kimś takim, jak ja. - Ogarnęło ją lekkie poczucie winy, może faktycznie powinna trochę mniej się angażować? Tyle, że nie potrafiła, musiała działać, póki miała takie możliwości. - Bohaterami nie są tylko ci, którzy walczą. Zawsze jesteś przy mnie i składasz mnie po tym, jak inni próbują mnie zabić. Jesteście nam potrzebni, żebyśmy mogli przeżyć, bez was byłoby to niemożliwe. - Chciała, aby zrozumiał, że tacy jak on też są ważni, może nie było ich widać na polu bitwy, jednak zawsze byli gotowi pomóc tym, którzy ryzykowali swoje życia walcząc. Symbioza - jedni nie mogli żyć bez drugich, tak już był stworzony ten świat.
- Tak naprawdę to się na tym nie znam, ale musimy od czegoś zacząć. - Fartuchy wydawały się nie być wcale takie trudne do ogarnięcia na samym początku, co istotne wszystkie były w jednym kolorze, więc nie mogli chyba tego jakoś specjalnie popsuć, przynajmniej tak się jej wydawało.
- Dobra, musimy to chyba wrzucić do środka, później dorzucić coś, co to wypierze, a reszta zrobi się sama? - Nie wydawało się to wcale takie trudne, chociaż pewnie schody dopiero się zaczną.