10.02.2024, 22:51 ✶
Cathal też milczał.
Nie dlatego, że wspomnienie nim wstrząsnęło. Nie było w nim niczego, czego by się nie spodziewał – chociaż to też nie tak, że wiedział, co zobaczą. Znów pogrążył się po prostu w myślach, przetwarzając każdy szczegół zobaczonych obrazów, usłyszanej rozmowy. Każdy grymas, który pojawił się na twarzy Augustusa, każde drżenie w głosie Cassandry, każdy fragment komnaty, którą mogli dostrzec. Odezwał się po długiej chwili.
– Mogła zostać ranna przypadkiem albo próbując go powstrzymać przed jego uruchomieniem. Nekromancja niekoniecznie chyba wymaga krwi, ale… osobiście sądzę, że te filary mogą przewodzić energię. Ta zaś skądś musi się brać. Nawet jeżeli czerpałyby ją z jakichś linii magicznych czy starożytnych kamieni, potrzeba czegoś, co by je uruchomiło. Blackwood, moim zdaniem, zostawił to wspomnienie, by pochwalić się potomnym, że to on znalazł sposób, ale nie chciał się podzielić nim samym – stwierdził w końcu, po czym przesunął uważnym spojrzeniem jasnych oczu po twarzach obu kobiet, jakby czekał na ich uwagi, zaprzeczenia czy potwierdzenia. A potem sięgnął po fiolkę.
Tak, miewał skłonności do analizowania, ale nigdy nie był flegmatykiem. Teraz zaś chciał wiedzieć, co skrywa w sobie trzecie wspomnienie: jedno z tych dwóch, których w żaden sposób nie uszkodzono.
– Gotowe? – spytał, bardziej dla formalności niż po to, by naprawdę usłyszeć odpowiedź. A potem srebrne krople po raz trzeci wypełniły myślodsiewnię i Cathal pochylił się nad nią, znów zagłębiając się we wspomnieniach Augustusa Blackwooda.
*
Znaleźli się na placu w wiosce. Nocą, ciemną, burzową, tak że choć deszcz nie mógł sięgnąć żadnego z nich, widzieli niewiele – nie mogli przyjrzeć się ani budynkom, ani kilku sylwetkom, zgromadzonym na placyku. Jedna z nich uniosła różdżkę i wycelowała nią w górę, a z czubka tej wydostało się światło, niby błyskawica, która połączyła ziemię i niebo. W tym blasku, tak jasnym, że nieomal oślepiającym, mogli rozpoznać tego mężczyznę: Augustus Blackwood, trochę starszy niż w poprzednim wspomnieniu.
Światło nie wygasało. Wręcz przeciwnie, narastało w górze, a chmury rozpraszały się, ujawniając ciemne, nocne niebo, a gdy Augustus wreszcie opuścił różdżkę i ta przedziwna błyskawica znikła, noc stała się jasna, wypełniona blaskiem księżyca i gwiazd.
– Czyż to nie niezwykłe? – spytał Blackwood z triumfem. – Jestem teraz najpotężniejszym czarodziejem na świecie. A to… to moi synowie i bracia, dopiero początek.
Nie dlatego, że wspomnienie nim wstrząsnęło. Nie było w nim niczego, czego by się nie spodziewał – chociaż to też nie tak, że wiedział, co zobaczą. Znów pogrążył się po prostu w myślach, przetwarzając każdy szczegół zobaczonych obrazów, usłyszanej rozmowy. Każdy grymas, który pojawił się na twarzy Augustusa, każde drżenie w głosie Cassandry, każdy fragment komnaty, którą mogli dostrzec. Odezwał się po długiej chwili.
– Mogła zostać ranna przypadkiem albo próbując go powstrzymać przed jego uruchomieniem. Nekromancja niekoniecznie chyba wymaga krwi, ale… osobiście sądzę, że te filary mogą przewodzić energię. Ta zaś skądś musi się brać. Nawet jeżeli czerpałyby ją z jakichś linii magicznych czy starożytnych kamieni, potrzeba czegoś, co by je uruchomiło. Blackwood, moim zdaniem, zostawił to wspomnienie, by pochwalić się potomnym, że to on znalazł sposób, ale nie chciał się podzielić nim samym – stwierdził w końcu, po czym przesunął uważnym spojrzeniem jasnych oczu po twarzach obu kobiet, jakby czekał na ich uwagi, zaprzeczenia czy potwierdzenia. A potem sięgnął po fiolkę.
Tak, miewał skłonności do analizowania, ale nigdy nie był flegmatykiem. Teraz zaś chciał wiedzieć, co skrywa w sobie trzecie wspomnienie: jedno z tych dwóch, których w żaden sposób nie uszkodzono.
– Gotowe? – spytał, bardziej dla formalności niż po to, by naprawdę usłyszeć odpowiedź. A potem srebrne krople po raz trzeci wypełniły myślodsiewnię i Cathal pochylił się nad nią, znów zagłębiając się we wspomnieniach Augustusa Blackwooda.
*
Znaleźli się na placu w wiosce. Nocą, ciemną, burzową, tak że choć deszcz nie mógł sięgnąć żadnego z nich, widzieli niewiele – nie mogli przyjrzeć się ani budynkom, ani kilku sylwetkom, zgromadzonym na placyku. Jedna z nich uniosła różdżkę i wycelowała nią w górę, a z czubka tej wydostało się światło, niby błyskawica, która połączyła ziemię i niebo. W tym blasku, tak jasnym, że nieomal oślepiającym, mogli rozpoznać tego mężczyznę: Augustus Blackwood, trochę starszy niż w poprzednim wspomnieniu.
Światło nie wygasało. Wręcz przeciwnie, narastało w górze, a chmury rozpraszały się, ujawniając ciemne, nocne niebo, a gdy Augustus wreszcie opuścił różdżkę i ta przedziwna błyskawica znikła, noc stała się jasna, wypełniona blaskiem księżyca i gwiazd.
– Czyż to nie niezwykłe? – spytał Blackwood z triumfem. – Jestem teraz najpotężniejszym czarodziejem na świecie. A to… to moi synowie i bracia, dopiero początek.