Niestety, nie licząc męczącej go bezsenności, Cameron nie miał żadnej wymówki, aby nie wziąć udziału w zajęciach. Wprawdzie mógłby wywołać jakieś niepokojące objawy przy pomocy odpowiedniej mieszanki ziół i jakichś specyfików, jednak czy by mu to naprawdę pomogło? Raczej nie. Co najwyżej odroczyłby wyrok, a znając szczęście, nieobecność w tym tygodniu sprawiłaby, że kolejne wykłady okazałyby się prawdziwym koszmarem. Cóż, gorzej niż w poniedziałek nie będzie, pokrzepił się, pocierając nieco podkrążone oczy.
To zdecydowanie nie była jego najlepsza noc, ale pomimo humorów związanych z niewyspaniem, starał się być dobrej myśli. Bądź co bądź ledwie dwa dni temu Bulstrode przemaglowała ich ze skutków ubocznych klątw. Chociaż nie, Lupin by tak tego nie nazwał. To była wybitna próba udupienia zarówno jego, jak i innych stażystów. Przynajmniej w jego mniemaniu, a należało brać poprawkę na to, że obiektywny to on nie był. Praktycznie każdy gest opiekunki potrafił odebrać jako groźbę lub wyrażenie niezadowolenia.
Krzywiąc się z niesmakiem, przekroczył zgarbiony próg sali wykładowej. Omiótł wnętrze nieco zdezorientowanych spojrzeniem, starając się zlokalizować najbardziej dogodne miejsce, w którym mógłby spędzić wykłady. Spróbował przemknąć się niepostrzeżenie obok Florence, jednak nie udało mu się to. Cholera, pomyślał, zamarł machinalnie i bardzo, ale to bardzo powoli odwrócił się, aby koniec końców wbić wzrok w bukiet rozkradzionych kwiatów.
— Aha. C-cóż, p-przynajmniej s-się przydadzą — mruknął niezbyt inteligentnie, zapoznając się z treścią karteczki. Wszystko wskazywało na to, że kwiatki przysłała Heather. Heather, która wygrała licytację z Florence na balu u Longbottomów. Ugh, czyżby kobieta postanowiła się zemścić za podebranie jej sukni przez Rudą? Na wspomnienie o pracy stażystów, zmarszczył brwi. — T-to zapewne t-tylko mały w-wypadek p-p-przy pracy.
Przeklął siarczyście w myślach, rekompensując sobie w ten sposób to, że nie mógł wydusić na głos żadnego słowa, które przychodziło mu na myśl. Że też musiał się zestresować. Odwrócił się na pięcie i był już w połowie drogi do swojej ławki na tyłach sali, gdy zorientował się, że nie zabrał ze sobą resztek bukietu. Spuścił głowę w dół i powędrował ponownie na przód sali, aby zabrać swoją własność i poczłapał w stronę swojego miejsca.
Rzucił nonszalancko torbę na miejsce obok, po czym postawił bukiet na parapecie. Westchnął ciężko i usiadł na krześle, wciskając się w oparcie. Dopiero wtedy w oczy rzuciło mu się magiczne pióro spoczywające na blacie. Zerknął na boki i tak jak się spodziewał, zorientował się, że na każdym stoliku leży podobne.
— C-czy... M-my — Przerwał, aby wziąć parę głębokich oddechów i uspokoić swój głos. — Będziemy coś pisać?
Wziął pióro w dłoń i zaczął nim obracać bez większego zainteresowanie. Przecież ledwo co zaliczyli jeden test, z czego mieliby zdawać tym razem? Chyba że będziemy spisywać obserwacje z przypadków na oddziale, pomyślał i niemalże zapłakał w myślach. Czemu te ostatnie były takie intensywne? Najpierw ten bal, potem Ostara, jeszcze parę problemów prywatnych, a teraz sprawdzian? Czy Bulstrode nie miała serca? Wyrozumiałości? Litości?