11.02.2024, 02:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2024, 11:15 przez Patrick Steward.)
Patrick w myślach potrafił dokładnie przywołać obraz upadającego na ziemię kamienia. To jak wirował kręcąc się dokoła własnej osi i tworzył niepokojący portal. Jakby sam w sobie nosił moc zdolną do przerwania granicy między światem żywych a umarłych.
- Już z nich wypadł. Został w Limbo – sprostował odruchowo. Inna sprawa, że gdyby kamień nie miał w sobie wielkiej mocy, nie zainteresowałby Czarnego Pana. Steward nie wiedział tylko, czy Shafiqowie rzeczywiście zdawali sobie sprawę z tego, jak cenny artefakt mieli w swoich zbiorach. – Udało. Przynajmniej jednego z dwóch.
Co było jakimś niewielkim pocieszeniem, patrząc na to, co udało się osiągnąć śmierciożercom podczas Beltane.
Patrick odruchowo poprawił się na swoim miejscu. Pomyślał, że Sebastian nie miał nawet pojęcia jak dobrze utrafił. Jego myśli jednak nijak nie licowały z tym, co nagle pojawiło się na jego twarzy, bo był to wyraz lekkomyślnego lekceważenia.
- Albo zwyczajnie miałem pecha – podsunął takim tonem, jakby dziwił się, że ten pech rzeczywiście utrafił akurat w niego, a nie w Brennę Longbottom. – Dwa razy mi z pewnością wystarczy.
Teraz jednak, kiedy był już więcej niż pewien, że właściwie nie miał się czego obawiać – bo to co tkwiło w jego głowie było tylko wspomnieniami ojca, wrócił mu spokój ducha. Wreszcie mógł, po prostu, zareagować w typowy dla siebie sposób, udając bardziej ślepego, mniej lotnego i z pewnością pozbawionego szczególnego zmysłu do obserwacji i wyciągania jakichkolwiek głębszych wniosków.
A potem zmarszczył brwi, trochę zaskoczony reakcją Sebastiana. W normalnych warunkach, próbowałby odczytać jego aurę i biegnące od niego nici, tak na wszelki wypadek – by podpowiedziały mu o czym myślał siedzący naprzeciwko niego mężczyzna. Dzisiejsze popołudnie nie było jednak zwyczajne a McMillan wyjaśnił mu tak wiele, że Steward czuł się niemal w obowiązku by pozostawić jego aurę w spokoju.
Zamiast tego zamrugał skonsternowany. A potem w jego oczach pojawiło się wyraźne rozbawienie. Pokręcił głową.
- Spokojnie, nie jestem bezdomny – rzucił wesoło. Tak to było bardzo miłe, że Sebastian zaoferował mu nocleg i rycerskie czuwanie. Ba, Patrick nawet był w stanie zrozumieć z czego to wynikało: pojawił się przed drzwiami jego mieszkania zestresowany i przestraszony, w dodatku w ubraniu, które śmierdziało solą i wodorostami (bo zaledwie kilka godzin wcześniej nurkował w nim w morzu). Ba, zdawał sobie nawet sprawę, że ta propozycja musiała wiele McMillana kosztować, bo był samotnikiem i w dodatku mogły mu się nagle przydarzyć niespodziewane wizyty w Limbo. Tym bardziej była cenna w oczach w oczach Patricka.
Po prostu nie mógł jej przyjąć z wielu różnych powodów. Przede wszystkim dlatego, że gdyby znowu nawiedziło go wspomnienie ojca, gdyby zaczął nieświadomie mówić o nim na głos, mógłby powiedzieć za dużo i wtedy przypadkiem ujawniłby tajemnice, które zaważyłyby nie tylko na nim, ale na całej jego rodzinie. Poza tym, co było już dużo błahsze, wolał nie nadużywać tej cienkiej nici tego, co się tego popołudnia wytworzyło między ich dwójką. Przyjaźń warto było pielęgnować a nie od razu wystawiać ją na najcięższe próby.
Podniósł się ze swojego miejsca.
- Naprawdę doceniam twoją propozycję, ale nie będę robił ci kłopotu. Zdecydowanie mnie uspokoiłeś, więc mogę wrócić do siebie – zapewnił. – I tak ci już zająłem zbyt wiele czasu.
Gotów był ruszyć w stronę drzwi wyjściowych. Gdy McMillan już tam go odprowadził, podziękował mu jeszcze za uzyskaną pomoc. Narzucił kaptur na głowę i odszedł.
- Już z nich wypadł. Został w Limbo – sprostował odruchowo. Inna sprawa, że gdyby kamień nie miał w sobie wielkiej mocy, nie zainteresowałby Czarnego Pana. Steward nie wiedział tylko, czy Shafiqowie rzeczywiście zdawali sobie sprawę z tego, jak cenny artefakt mieli w swoich zbiorach. – Udało. Przynajmniej jednego z dwóch.
Co było jakimś niewielkim pocieszeniem, patrząc na to, co udało się osiągnąć śmierciożercom podczas Beltane.
Patrick odruchowo poprawił się na swoim miejscu. Pomyślał, że Sebastian nie miał nawet pojęcia jak dobrze utrafił. Jego myśli jednak nijak nie licowały z tym, co nagle pojawiło się na jego twarzy, bo był to wyraz lekkomyślnego lekceważenia.
- Albo zwyczajnie miałem pecha – podsunął takim tonem, jakby dziwił się, że ten pech rzeczywiście utrafił akurat w niego, a nie w Brennę Longbottom. – Dwa razy mi z pewnością wystarczy.
Teraz jednak, kiedy był już więcej niż pewien, że właściwie nie miał się czego obawiać – bo to co tkwiło w jego głowie było tylko wspomnieniami ojca, wrócił mu spokój ducha. Wreszcie mógł, po prostu, zareagować w typowy dla siebie sposób, udając bardziej ślepego, mniej lotnego i z pewnością pozbawionego szczególnego zmysłu do obserwacji i wyciągania jakichkolwiek głębszych wniosków.
A potem zmarszczył brwi, trochę zaskoczony reakcją Sebastiana. W normalnych warunkach, próbowałby odczytać jego aurę i biegnące od niego nici, tak na wszelki wypadek – by podpowiedziały mu o czym myślał siedzący naprzeciwko niego mężczyzna. Dzisiejsze popołudnie nie było jednak zwyczajne a McMillan wyjaśnił mu tak wiele, że Steward czuł się niemal w obowiązku by pozostawić jego aurę w spokoju.
Zamiast tego zamrugał skonsternowany. A potem w jego oczach pojawiło się wyraźne rozbawienie. Pokręcił głową.
- Spokojnie, nie jestem bezdomny – rzucił wesoło. Tak to było bardzo miłe, że Sebastian zaoferował mu nocleg i rycerskie czuwanie. Ba, Patrick nawet był w stanie zrozumieć z czego to wynikało: pojawił się przed drzwiami jego mieszkania zestresowany i przestraszony, w dodatku w ubraniu, które śmierdziało solą i wodorostami (bo zaledwie kilka godzin wcześniej nurkował w nim w morzu). Ba, zdawał sobie nawet sprawę, że ta propozycja musiała wiele McMillana kosztować, bo był samotnikiem i w dodatku mogły mu się nagle przydarzyć niespodziewane wizyty w Limbo. Tym bardziej była cenna w oczach w oczach Patricka.
Po prostu nie mógł jej przyjąć z wielu różnych powodów. Przede wszystkim dlatego, że gdyby znowu nawiedziło go wspomnienie ojca, gdyby zaczął nieświadomie mówić o nim na głos, mógłby powiedzieć za dużo i wtedy przypadkiem ujawniłby tajemnice, które zaważyłyby nie tylko na nim, ale na całej jego rodzinie. Poza tym, co było już dużo błahsze, wolał nie nadużywać tej cienkiej nici tego, co się tego popołudnia wytworzyło między ich dwójką. Przyjaźń warto było pielęgnować a nie od razu wystawiać ją na najcięższe próby.
Podniósł się ze swojego miejsca.
- Naprawdę doceniam twoją propozycję, ale nie będę robił ci kłopotu. Zdecydowanie mnie uspokoiłeś, więc mogę wrócić do siebie – zapewnił. – I tak ci już zająłem zbyt wiele czasu.
Gotów był ruszyć w stronę drzwi wyjściowych. Gdy McMillan już tam go odprowadził, podziękował mu jeszcze za uzyskaną pomoc. Narzucił kaptur na głowę i odszedł.
Koniec sesji