11.02.2024, 10:58 ✶
Jeśli szło o Brennę, to chociaż bardzo lubiła i spacery, i bieganie, aportację ceniła jeszcze wyżej: umożliwiała skuteczne zarządzanie czasem. Dlatego skoro świt aportowała się w punkcie w pobliżu biblioteki Parkinsonów i wpadła tam jak po ogień, a konkretnie pożyczyć dwie książki, które chciała przejrzeć pod kątem sprawy wyspy i Salta. Obie traktowały o legendarnych wyspach i tym podobnych, i miała nadzieję, że znajdzie tam cokolwiek więcej niż pięćdziesiąt wersji mitu o Atlantydzie oraz o Avalonie.
Stąd do knajpy miała zaledwie rzut kamieniem, wpadła więc do środka punktualnie, dokładnie w chwili, w której wskazówki zegarka na jej nadgarstku przesunęły się, wskazując umówioną godzinę spotkania. Normalnie zjadłaby pewnie coś w biegu albo zajrzała do Nory po kanapkę i by pogadać z Figg chociaż parę minut, ale chciała spotkać się z Heather. Nie tylko dlatego, że ją lubiła, i warto było czasem spędzić kilka chwil razem poza biurem, Nokturnem albo Lasem Wisielców, ale w dużej mierze, bo miała paskudne wyrzuty sumienia.
Heather ucierpiała na podziemnych ścieżkach i naprawdę niewiele brakowało, by skończyło się to gorzej.
Co gorsza Brenna wiedziała, że to nie pierwszy i nie ostatni raz. Bo ryzykowali wszyscy. Bo Wood będzie chciała teraz udać się na wyspę, która pojawia się i znika, chociaż Brenna najchętniej odsunęłaby ją od sprawy – nie tylko dlatego, że Heath była młoda, że uszkodziła sobie tę nogę, ale i dlatego, że mieli strzec się swoich pragnień. Brenna biła się w tej sprawie z myślami: wiedząc jednocześnie, że nie może odsuwać Wood od wszystkiego, i że jakby się zastanowić, to z sił bojowych Heather była jedną z lepszych osób, które można by wybrać.
Na razie nie podjęła ostatecznej decyzji, miotana pomiędzy myślą o tym, że może Heather jest na to wszystko za młoda, a świadomością, że młodość nikogo nie chroni, że jeśli śmierciożercy dostaliby w swoje ręce tę broń, zabijaliby i dzieci, a Morpheus chciał iść na wyspę – czyli sprawa była poważna. Może poważniejsza niż Brennie się wydawało.
– Cześć, Ruda – rzuciła jednak lekkim tonem, gdy podeszła do stolika, a uśmiech nie zdradzał żadnych przemyśleń, krążących po głowie Brenny. Zresztą, mimo nich, miło było przecież się ot tak spotkać, prawda? – Zamówiłaś już? Cameron, mam nadzieję, naprawił ci nogę? Szkoda, żeby ominęła cię dziś zabawa – powiedziała, odsuwając sobie krzesło.
Stąd do knajpy miała zaledwie rzut kamieniem, wpadła więc do środka punktualnie, dokładnie w chwili, w której wskazówki zegarka na jej nadgarstku przesunęły się, wskazując umówioną godzinę spotkania. Normalnie zjadłaby pewnie coś w biegu albo zajrzała do Nory po kanapkę i by pogadać z Figg chociaż parę minut, ale chciała spotkać się z Heather. Nie tylko dlatego, że ją lubiła, i warto było czasem spędzić kilka chwil razem poza biurem, Nokturnem albo Lasem Wisielców, ale w dużej mierze, bo miała paskudne wyrzuty sumienia.
Heather ucierpiała na podziemnych ścieżkach i naprawdę niewiele brakowało, by skończyło się to gorzej.
Co gorsza Brenna wiedziała, że to nie pierwszy i nie ostatni raz. Bo ryzykowali wszyscy. Bo Wood będzie chciała teraz udać się na wyspę, która pojawia się i znika, chociaż Brenna najchętniej odsunęłaby ją od sprawy – nie tylko dlatego, że Heath była młoda, że uszkodziła sobie tę nogę, ale i dlatego, że mieli strzec się swoich pragnień. Brenna biła się w tej sprawie z myślami: wiedząc jednocześnie, że nie może odsuwać Wood od wszystkiego, i że jakby się zastanowić, to z sił bojowych Heather była jedną z lepszych osób, które można by wybrać.
Na razie nie podjęła ostatecznej decyzji, miotana pomiędzy myślą o tym, że może Heather jest na to wszystko za młoda, a świadomością, że młodość nikogo nie chroni, że jeśli śmierciożercy dostaliby w swoje ręce tę broń, zabijaliby i dzieci, a Morpheus chciał iść na wyspę – czyli sprawa była poważna. Może poważniejsza niż Brennie się wydawało.
– Cześć, Ruda – rzuciła jednak lekkim tonem, gdy podeszła do stolika, a uśmiech nie zdradzał żadnych przemyśleń, krążących po głowie Brenny. Zresztą, mimo nich, miło było przecież się ot tak spotkać, prawda? – Zamówiłaś już? Cameron, mam nadzieję, naprawił ci nogę? Szkoda, żeby ominęła cię dziś zabawa – powiedziała, odsuwając sobie krzesło.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.