Wiele zależało od tego, o jakim poziomie znania w ogóle mówimy. Czy to, że znasz kogoś z imienia i nazwiska i zamieniliście ze sobą kilka zdań, czyni was to od razu znajomymi? Czy może wymagało to jednak więcej wysiłku, rozmów, poznania się nieco większego – bo przecież kilka spotkań i dłuższych rozmów nie wrzucało ludzi od razu do worka osób sobie bliskich. Zależy też o czym się rozmawia, nie tak? O sobie, o życiu, o doświadczeniach, czy po prostu komentuje obecną sytuację na świecie czy jakieś kompletne głupoty, tak naprawdę nie posuwając się w kategorii „poznawania” kogoś o wiele. Wiele zależało po prostu od intencji; czy w ogóle chcesz kogoś poznawać, czy zupełnie tego nie potrzebujesz i w gruncie rzeczy wcale ci nie zależy; czy ktoś jest na tyle dla ciebie interesujący, że w ogóle masz ochotę rozmawiać na tematy, które umożliwiają poznanie drugiego człowieka, czy chodzi ci tylko i wyłącznie o coś innego (ostatecznie, jeśli chcesz z kimś pójść do łóżka, to wcale nie musisz tej osoby poznawać ani przed, ani po). Czasami chcesz kogoś poznać, ale nie masz zielonego pojęcia o czym rozmawiać i ta „znajomość” rozpływa się naturalnie, bo nie jesteście nijak kompatybilni. I czasami wyjazd do innego kontynentu wcale nie był żadnym poświęceniem. Być może były osoby w życiu Laurenta, które dały mu to odczuć, na przykład jego matka, ale czy nie wszystko obraca się wokół intencji? Zrywów serca? Przyzwyczajeń? Dajmy na to całą Afrykę. Egipt był gdzieś na górze kontynentu, a Uagadou, znajdująca się w Ugandzie – w cholerę dalej, bo w linii prostej z jej kraju zamieszkania do szkoły, to było jakieś 3500 km, to już nie była mała odległość, była wręcz ogromna. To nie było jak w Wielkiej Brytanii, że czarodzieje z Anglii byli w stanie w kilka godzin pociągiem przejechać do swojej szkoły, oddalonej jakieś… 400-500 km dalej. Były to nieporównywalnie większe odległości. Nieporównywalnie! Dlatego jeśli Ginewra, przyzwyczajona od dziecka, że część jej rodziny mieszka daleko, i skoro nie widywała ich zbyt często (ale widywała), teraz właściwie doświadczała tego samego, ale w drugą stronę… Oczywiście, że tęskniła. Ale to było jej marzeniem i właśnie je częściowo spełniała. Czy było w tym coś nieszczerego? Nie bardzo. Nie wszystko miało swoje drugie dno, nie wszystko było takie skomplikowane.
– Pewnie zależy na jakiej płaszczyźnie – odparła spokojnie, bo nie zamierzała się martwić czymś, czego nie było teraz, a mogło się zdarzyć w przyszłości, a przecież jej losy mogły się potoczyć najróżniej. To nie tak, że marzyła, by zostać sama na całe życie, oczywiście, że chciała mieć w przyszłości swoją rodzinę. Ale podchodziła do tego bardzo swobodnie; może był to błąd i dlatego ciągle była sama, ale starała się tym zanadto nie przejmować, nawet jeśli była już po trzydziestce. – Akurat w tej historii nie ma opowieści o księżniczce pilnowanej przez smoka – wiedziała, że tylko ją zaczepia, bo widziała ten jego uśmieszek, dlatego sama odpowiedziała podobną zaczepką. Na wpół baśń, na wpół prawdziwa historia – trudno było powiedzieć, co było faktem, a co częścią wymyśloną. Mugole uważali Merlina za bujdę, gdy był prawdziwym czarodziejem, teraz zresztą uwiecznionym na kartach czekoladowych żab (z którymi to żabami Ginewra miała bardzo dziwną relację). Kobieta uśmiechnęła się leciuteńko, widząc reakcję Laurenta na tę prawdę objawioną dotyczącą jej dziwacznego imienia. A potem zachichotała w reakcji na jego słowa, zbyt teraz skupiona na obrywaniu gałązek z czerwoniutkich czereśni. – Po mojej również, miły panie.
Jakoś nigdy nie wyobrażała sobie siebie jako damy dworu czy królowej, pomimo noszenia dwóch jakże królewskich imion. Zdaje się, że to nie to było jej marzeniem, nie władza, a zdobywanie wiedzy, odkrywanie tajemnic, jakie czas zakopał w tym świecie. Poniekąd każdy mógł po nie sięgnąć, tylko nie każdy miał wystarczającą wiedzę i zdolności.
– Oczywiście, że by uradowało. O ile sprawiłoby to przyjemność Panu – mówiła całkiem szczerze, nawet jeśli zrobiła się z tego taka zabawna przekomarzanka. Przecież przyszedł ją odwiedzić, bo tego potrzebował; pragnął rozproszenia od przykrej teraźniejszości, być może wyciągnie z tego spotkania znacznie więcej niż chwilową poprawę humoru, bo spojrzenie na świat od innej strony. Ginny chciała, by Laurent czuł się dobrze, chociaż przez chwilę, i jeśli miałby się starać bardziej to tylko do momentu, w którym i jemu nadal sprawiałoby to przyjemność. Wszak nie chodziło o to, by wycisnąć go ze wszystkich soków jak cytrynę na lemoniadę, a o to, by oboje dobrze się bawili. A McGonagall bawiła się bardzo dobrze: mogła sobie pogadać jak lubiła, mogła posłuchać drugiej osoby, jak lubiła, mogła sobie poflirtować i mogła się pogapić na przystojnego blondyna ubranego gustownie w drogie fatałaszki, jak niesie drabinę pod pachą. A najlepsze w tym było to, że do niczego nie musiała go przymuszać, ot – sam chciał. – Nie ma za co – naprawdę nie było za co, chociaż rozumiała, że dla Laurenta nie było to takie oczywiste. I przyjęła te podziękowania, odwracając się raz jeszcze do Laurenta, by puścić do niego oko.
Chwilę zbierała czereśnie w ciszy, aż dozbierała wszystko, co miała w zasięgu rąk, po czym wspięła się wyżej na drabinie. I Laurent przyznał się do tego, co mu się… przytrafiło. Nie widział jej miny, ale wyrażała coś na wzór smutku, zmartwienia tym, co usłyszała… Sen, w którym był raniony nożem i potem taki, po którym miał siniaki. Czy było to możliwe? Wiedziała, że tak.
– Kiedy jesteście przyjmowani do Hogwartu, to sowy przynoszą wam list, prawda? – tak mówił jej ojciec. Może brzmiało to tak, jakby mówiła kompletnie od czapy, albo chciała zmienić temat, ale zupełnie tak nie było. – W Uagadou byłoby to trochę trudne do osiągnięcia, Afryka jest znacznie, znacznie większa niż Wielka Brytania. Szkoła wysyła posłańca snu. Mamy sen, w którym jesteśmy informowani, że zostaliśmy przyjęci do szkoły i rano… Rano budzimy się ze specjalnym kamieniem w ręce, takim pozostawionym przez niego – więc… ktoś wchodził do ich snu i zostawiał coś, co przenikało do rzeczywistości. Czy to odpowiadało na pytanie Sauriela? Chyba z nawiązką. – Więc jest to możliwe. Ale jeśli ktoś wykorzystuje sny do tak okropnych czynów… – na pewno były możliwości, by swoje sny blokować przed innymi, inaczej każdy mógłby w nie wejść i wyjść jak chciał. Tak jak można się było bronić przed namierzeniem czy niechcianą pocztą, tak przed tym na pewno też. Ginny aż zeszła z drabiny, zerkając teraz z powagą na Laurenta. – Kiedy to się stało? – zapytała miękko, choć teraz mógł zobaczyć, że miała w sobie coś z lekarza, który nie da sobie wejść na głowę.