11.02.2024, 15:25 ✶
Brenna bardzo lubiła herbatę. Naprawdę. Wolała ją nawet od kawy. Ale mocna kawa, bez mleka, bez cukru, stanowiła całkiem dobre paliwo napędowe. Dlatego kiedy kelnerka postawiła przed nią filiżankę espresso oraz dobrze wysmażone kiełbaski z tostami, z przyjemnością wciągnęła zapach kawy, a potem zabrała się do jedzenia, pozwalając tej najpierw nieco wystygnąć.
– Bardzo się kochacie – powiedziała, uśmiechając się mimowolnie. Nie bała się tego komentarza, bo Heather przynajmniej ostatnio, po Beltane, nie zdawała się na tym punkcie ani trochę wrażliwa czy zawstydzona. Byli młodzi: ale i Brenny nie zdziwiłoby, gdyby faktycznie trafili przed ołtarz. Żyli w niebezpiecznych czasach, i niektórzy rezygnowali z prób budowania przyszłości zupełnie, świadomi czy że może się to źle skończyć, czy uznając, że to nie pora na to… a inni… inni wręcz przyspieszali śluby i wesela, pobierali się w tajemnicy, decydując, że nie ma na co czekać: że jutro może nie nadejść. – Pamiętaj, że gdybyście chcieli uciec z miasta, dalej jesteście do nas zaproszeni – dodała. – I Heather, to może zabrzmi dziwnie, ale czy Cameron przypadkiem… nie uważa, że już jesteście zaręczeni? Skoro wszyscy tak to powtarzają, to… to właściwie nie byłabym zaskoczona.
Lupinowie byli kochanymi, ale odrobinę specyficznymi ludźmi.
Przełknęła parę kęsów kiełbasek i tosta. Sięgnęła po filiżankę i, na nieszczęście, zdążyła wypić ostrożny łyk gorącego napoju, co skończyło się lekkim zakrztuszeniem i szybkim nakryciem ust dłonią, żeby przypadkiem nie opluć Wood kawą. Nawet nie mogła jej jakoś winić za takie wnioski, bo chociaż do tej pory zdaniem Brenny nie miała żadnych podstaw do czegokolwiek, to ta wczorajsza aportacja była naprawdę d z i w n a.
– Bogowie, skąd ci to przyszło do głowy? Nie, zdecydowanie nie jak ciebie i Camerona – oświadczyła, i była to przecież stu procentowa prawda, bo tak jakby ta dwójka była zaręczona, to znaczy no miała być zaręczona, a nawet jeżeli nie była, to przecież zachowywali się, jakby byli. Jeżeli chodziło o status jej relacji i aurora, to pewnie dokładny opis brzmiały nawet nie „to skomplikowane”, a „ja już, do cholery, nie mam pojęcia, co właściwie się dzieje”. – Przy odrobinie szczęścia nikt nie będzie o nic cię pytał i się nie zorientuje. Wszystko zostało… odpowiednio załatwione – mruknęła jeszcze odnośnie Salta, sięgając po serwetkę, by wytrzeć dłoń i usta.
– Bardzo się kochacie – powiedziała, uśmiechając się mimowolnie. Nie bała się tego komentarza, bo Heather przynajmniej ostatnio, po Beltane, nie zdawała się na tym punkcie ani trochę wrażliwa czy zawstydzona. Byli młodzi: ale i Brenny nie zdziwiłoby, gdyby faktycznie trafili przed ołtarz. Żyli w niebezpiecznych czasach, i niektórzy rezygnowali z prób budowania przyszłości zupełnie, świadomi czy że może się to źle skończyć, czy uznając, że to nie pora na to… a inni… inni wręcz przyspieszali śluby i wesela, pobierali się w tajemnicy, decydując, że nie ma na co czekać: że jutro może nie nadejść. – Pamiętaj, że gdybyście chcieli uciec z miasta, dalej jesteście do nas zaproszeni – dodała. – I Heather, to może zabrzmi dziwnie, ale czy Cameron przypadkiem… nie uważa, że już jesteście zaręczeni? Skoro wszyscy tak to powtarzają, to… to właściwie nie byłabym zaskoczona.
Lupinowie byli kochanymi, ale odrobinę specyficznymi ludźmi.
Przełknęła parę kęsów kiełbasek i tosta. Sięgnęła po filiżankę i, na nieszczęście, zdążyła wypić ostrożny łyk gorącego napoju, co skończyło się lekkim zakrztuszeniem i szybkim nakryciem ust dłonią, żeby przypadkiem nie opluć Wood kawą. Nawet nie mogła jej jakoś winić za takie wnioski, bo chociaż do tej pory zdaniem Brenny nie miała żadnych podstaw do czegokolwiek, to ta wczorajsza aportacja była naprawdę d z i w n a.
– Bogowie, skąd ci to przyszło do głowy? Nie, zdecydowanie nie jak ciebie i Camerona – oświadczyła, i była to przecież stu procentowa prawda, bo tak jakby ta dwójka była zaręczona, to znaczy no miała być zaręczona, a nawet jeżeli nie była, to przecież zachowywali się, jakby byli. Jeżeli chodziło o status jej relacji i aurora, to pewnie dokładny opis brzmiały nawet nie „to skomplikowane”, a „ja już, do cholery, nie mam pojęcia, co właściwie się dzieje”. – Przy odrobinie szczęścia nikt nie będzie o nic cię pytał i się nie zorientuje. Wszystko zostało… odpowiednio załatwione – mruknęła jeszcze odnośnie Salta, sięgając po serwetkę, by wytrzeć dłoń i usta.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.