Nie do wszystkiego człowiek w ogóle powinien się przyzwyczajać. Na przykład do śmierci i zniszczenia – bo jeśli się przyzwyczai… to czy nie zobojętnieje? Przestanie robić wrażenie? Stanie się tylko statystyką? Musiało być to bardzo trudne zadanie dla przedstawiciela prawa, który na domiar wszystkiego specjalizował się w tropieniu czarnoksiężników… czyż nie tak?
Wszystko było załatwiane na wariackich papierach a Biuro Aurorów chyba dwoiło się i troiło, by chociaż jakkolwiek nadgonić fakt, że nie byli na równi z Śmierciożercami, a ciągle kilka kroków za nimi. Pospiesznie napisany list do Bletchleya i Blustrode’a (czemu akurat do nich… Cain mógł się zastanawiać, albo po prostu odczekać dzień czy dwa i może zagadka sama się rozwiąże), na szybko załatwiane świstokliki, oszczędne słowa zadania – nic tu nie było przygotowane. Ale czy nie taka rola była aurorów? Dopasować się do tego, co rzuci im przeciwnik pod nogi…?
Chyba nawet i bez zaklęcia, jakie Cain na siebie rzucił, niewiele osób zwracałoby na niego uwagę. Zamieszanie, mimo wszystko, było zbyt duże. Próba wyciągania kogoś spod zwałowiska, krzyki o pomoc… A przecież wszystko to mogło załatwić jedno proste zaklęcie. A może dym ukryłyby jego sylwetkę wystarczająco? Może ktoś pomyliłby go z ratownikiem? Bletchley mógł łatwo stwierdzić, że pomimo tego, że kurz już zdążył opaść, to i tak wzbijał się w powietrze przy podmuchach wiatru, i osiadł na jego ubraniu.
– P-pomocy – ktoś zawodził, ale ten głos mieszał się z innymi dźwiękami i krzykami. A jednak, był tutaj, raz słabnący, raz wzbierający na sile, może to dlatego, że auror zbliżał się do jego źródła.
Czy było tutaj coś, czego szukał Bletchley? A może nie szukał niczego konkretnego? Słów, znaków, potwierdzeń, zaprzeczeń…?
– Podobno było dziesięć wybuchów – mógł usłyszeć strzępek rozmowy pomiędzy dwójką ratowników. Trzecia osoba, najpewniej funkcjonariusz, stał na uboczu i próbował się porozumieć za pomocą… czarnej cegły, która trzymał w ręce i do której mówił*.
* rzecz jasna chodzi o krótkofalówkę