11.02.2024, 17:48 ✶
- No co ty... Poczucie rytmu to ja mam, ale nie wiem, co to jest te hop-hop... hip-hop...? - zapytałem go, bo już zdążył mi uciec z głowy ten drobny termin, ale mogłem się założyć, że było w nim słowo hop. - Candy hop? Cóż, znasz naprawdę dużo ludzi poza cyrkiem, co? - zapytałem go zaciekawiony, chcąc zmienić temat, ale też sprytnie dowiedzieć się jeszcze czegoś o tych kocich ścieżkach Flynna. Zdawałem sobie sprawę, że znikał na całe dnie, ale jakoś nigdy nie zastanawiałem się, gdzie błądził. Zawsze skupiałem się aby na tym by wracał, a jednak... to padło kilka nazwisk, o które teoretycznie powinienem być zazdrosny, hę? Tylko czy Flynn zrobiłby coś, co mogłoby mnie unieszczęśliwić...? Raczej usilnie robił wszystko byleby było odwrotnie, no nie?
Z drugiej strony, ta Flynnowa chęć by poczuć się jak moja dziewczyna...? Brzmiało niczym jawna prowokacja. Nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi na to, czemu miałaby służyć, więc próbowałem iść w to wszystko niczym w ogień by przekonać się na własnej drodze, gdzie mnie to zaprowadzi, ale jednak... Bałem się. Wyjścia. Flynna. Kłopotów. Ludzi. Jego znajomych. Prawdy. Tu mogliśmy być sobą, bezpieczni, zamknięci w bańce idealnych siebie (albo załóżmy, że popapranie idealnych), ale byliśmy we dwoje i nikt nie był w stanie stanąć między nami ani zmienić czegokolwiek, a tam... Flynn w spódniczce udający moją dziewczynę - może jakąś Teófilę Teresitę Maríę José Marielos Vásquez albo jeszcze inną, Matka jedna jedyna wraz z Bogiem Jima wiedzieli tylko w jakim celu... Chyba Flynn nie chciał mnie zostawić, zrażając mnie do siebie? Jakby nie patrzeć, wciąż na każdym kroku pragnął pokazać siebie z jak najgorszej strony. Czyżby jednak nie zamierzał wrócić? Ale na co ta farsa? Czy ja w tej chwili niepotrzebnie panikowałem, czy może jednak coś było na rzeczy?
- Nie idziemy. Nie odpowiedziałeś na moje pytanie - zauważyłem, bo nie potrafiłem go non stop tapać po główce i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Chociaż nie. Jednak powinienem, żeby znowu nie wpadł w ten podły nastrój, który go zaprowadził wprost w ramiona bezdusznego ataku, pełnego agresji, niewysłowionej furii, amoku. To było straszne, przerażające, dziwne. Martwiłem się o Flynna. Nie chciałem by znowu czuł się źle. - Albo chodźmy. Tylko powiedz mi, odpowiedz krótko, skąd ten pomysł z byciem moją dziewczyną...? Ty tak lubisz czy coś... się dzieje...? - zapytałem delikatnie, powoli, jak gdyby od tych słów zależało istnienie naszych światów. Kruche, cóż, były to ściany, niczym skorupki jajka, a Flynn był taki niestabilny. Chciałem dać mu oparcie, ale żeby to zrobić, potrzebowałem wiedzieć, co mu siedziało w głowie, a nie należało to do prostych zadań.
Z drugiej strony, ta Flynnowa chęć by poczuć się jak moja dziewczyna...? Brzmiało niczym jawna prowokacja. Nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi na to, czemu miałaby służyć, więc próbowałem iść w to wszystko niczym w ogień by przekonać się na własnej drodze, gdzie mnie to zaprowadzi, ale jednak... Bałem się. Wyjścia. Flynna. Kłopotów. Ludzi. Jego znajomych. Prawdy. Tu mogliśmy być sobą, bezpieczni, zamknięci w bańce idealnych siebie (albo załóżmy, że popapranie idealnych), ale byliśmy we dwoje i nikt nie był w stanie stanąć między nami ani zmienić czegokolwiek, a tam... Flynn w spódniczce udający moją dziewczynę - może jakąś Teófilę Teresitę Maríę José Marielos Vásquez albo jeszcze inną, Matka jedna jedyna wraz z Bogiem Jima wiedzieli tylko w jakim celu... Chyba Flynn nie chciał mnie zostawić, zrażając mnie do siebie? Jakby nie patrzeć, wciąż na każdym kroku pragnął pokazać siebie z jak najgorszej strony. Czyżby jednak nie zamierzał wrócić? Ale na co ta farsa? Czy ja w tej chwili niepotrzebnie panikowałem, czy może jednak coś było na rzeczy?
- Nie idziemy. Nie odpowiedziałeś na moje pytanie - zauważyłem, bo nie potrafiłem go non stop tapać po główce i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Chociaż nie. Jednak powinienem, żeby znowu nie wpadł w ten podły nastrój, który go zaprowadził wprost w ramiona bezdusznego ataku, pełnego agresji, niewysłowionej furii, amoku. To było straszne, przerażające, dziwne. Martwiłem się o Flynna. Nie chciałem by znowu czuł się źle. - Albo chodźmy. Tylko powiedz mi, odpowiedz krótko, skąd ten pomysł z byciem moją dziewczyną...? Ty tak lubisz czy coś... się dzieje...? - zapytałem delikatnie, powoli, jak gdyby od tych słów zależało istnienie naszych światów. Kruche, cóż, były to ściany, niczym skorupki jajka, a Flynn był taki niestabilny. Chciałem dać mu oparcie, ale żeby to zrobić, potrzebowałem wiedzieć, co mu siedziało w głowie, a nie należało to do prostych zadań.