11.02.2024, 19:46 ✶
Najwyraźniej Imogen miała to już dopracowane, że się przeprowadzamy. Chciałem to przemyśleć, przeanalizować wszelkie za i przeciw, a otrzymywałem od Imogen argument za argumentem, że przecież sobie poradzimy... Może miała rację, ale czy w innych miejscach, w innym domu czy mieszkaniu, nasze tajemnice również będą tak skrupulatnie strzeżone? Tak bezpieczne? Nie chciałem by ktoś obcy się kręcił wśród moich czarnomagicznych ksiąg i pewnych rzeczy - lśniącej, chłodnej maski oraz czarniejszej od samej nocy peleryny.
Wziąłem Beatrice na ręce. Nie podobało mi się, że Imogen zamierzała się wybrać do Aveliny, ale nie mogłem nic z tym zrobić, w żaden sposób temu zaradzić gdyż byłoby to zbyt podejrzane. Kto wie? Może ostatecznie zaniecha tym spacerom, szczególnie kiedy faktycznie napiszę oficjalny list do Paxton i dam jej go do wglądu? Miałem taką właśnie przeogromną nadzieję. Te noce spędzone z Aveliną na szkolnych korytarzach były tylko nasze. Nikogo innego.
- Oczywiście - odparłem jedynie odnośnie czytania listu do Aveliny, a potem zwróciłem się do Beatrice. - Moja mała śliczna Beatrice jadła truskawki? - zapytałem ją, jak gdyby mogła mi odpowiedzieć... Ale właśnie tak dzieci uczyły się słów, reagowania na nie. I pozwalały tym samym odwracać uwagę od trudnych tematów, kierując je ku niewinności i beztrosce. Niestety, nawet ta nie była w stanie trwać wiecznie, więc przysiadłem przy stole i napiłem się kawy, trzymając tą małą kruszynkę swoimi dłońmi, które jeszcze nie tak dawno temu zaciskały się na sercu pewnej młodej damy. Co tam zdrada w obliczu tego mroku, tych gasnących oczu, czanomagicznych sztuczek? Miałem niesamowity mętlik w głowie.
- Musisz coś wiedzieć, Imogen... Zanim się przeprowadzimy, zanim... podejmiemy tę decyzję, poszukamy odpowiedniego lokum... Musisz wiedzieć - stwierdziłem... niepewny? przerażony? nieco podniecony? Była w moim głosie pewna niepewność, strach, obawa. Imogen z pewnością zdawała sobie sprawę skąd się to brało. Wiecznie czułem się niedostatecznie dobry, niedoskonały, nieodpowiedni, a ostatnie rozmowy, które miałem okazję przeprowadzić z Ojcem, tylko to potwierdzały. Nie brało się to znikąd. Widziałem swoje błędy, słabości, ograniczenia w swoich umiejętnościach. Tak mnie to irytowało, a jednocześnie przerażało, że pewnego dnia ponownie będę niewystarczająco umiejętny, odpowiedni i stanie się coś, co zmaże z powierzchni ziemi mnie, Imogen albo nasze dzieciaki, że zniknie Vespera i Ulysses, ten dom, to wszystko, co miało dla mnie największą wartość. Nawet Avelina, ale o tym nie zamierzałem wspominać Imogen.
- Ostatnio dużo się dzieje, a ja czuję, że zostaję w tyle. Brakuje mi... tego czegoś, czego nie potrafię uchwycić, a jednocześnie... Sam nie wiem. Brzmię jak szaleniec - stwierdziłem zmieszany, nieco bawiąc Beatrice, kołysząc ją w swoich ramionach, bo musiała się przejąć mną, moimi emocjami, całą tą sytuacją. Pokręciłem głową, tuląc ją do siebie i podrygując. - Chcę was chronić, póki mogę. Chcę, żebyście byli bezpieczni, kiedy mnie zabraknie, bo mogłoby mnie tu równie dobrze już nie być - przyznałem czy wyznałem. Ciężko było stwierdzić. Serce waliło mi jak szalone, a obrazy z wczorajszej eskapady stawały się coraz bardziej wyraźnie. Te niebezpieczne oraz te, w których usilnie ściskałem dłoń Aveliny. Czy to, czy te pocałunki... Czy to była już zdrada? Czy jeszcze nie przekroczyłem tej paskudnej granicy? Zacisnąłem usta; zagryzłem wargi, bo Imogen na to nie zasługiwała. Na mnie, na bycie tu ze mną. Nie dość, że byłem zdradliwym gnojem, to jeszcze niemotą, panikarzem i osobą niegodną niewyobrażalnej mocy. Tak, w wciąż rozpamiętywałem ten późny wieczór, kiedy nie wstałem, gdy Czarny Pan zapraszał nas do siebie. Młodych, ambitnych, gotowych stanąć u swego boku. Ja ani drgnąłem, a teraz może byłbym kompletnie na innym poziomie. Zamiast tego wciąż znajdowałem się na dnie.
Wziąłem Beatrice na ręce. Nie podobało mi się, że Imogen zamierzała się wybrać do Aveliny, ale nie mogłem nic z tym zrobić, w żaden sposób temu zaradzić gdyż byłoby to zbyt podejrzane. Kto wie? Może ostatecznie zaniecha tym spacerom, szczególnie kiedy faktycznie napiszę oficjalny list do Paxton i dam jej go do wglądu? Miałem taką właśnie przeogromną nadzieję. Te noce spędzone z Aveliną na szkolnych korytarzach były tylko nasze. Nikogo innego.
- Oczywiście - odparłem jedynie odnośnie czytania listu do Aveliny, a potem zwróciłem się do Beatrice. - Moja mała śliczna Beatrice jadła truskawki? - zapytałem ją, jak gdyby mogła mi odpowiedzieć... Ale właśnie tak dzieci uczyły się słów, reagowania na nie. I pozwalały tym samym odwracać uwagę od trudnych tematów, kierując je ku niewinności i beztrosce. Niestety, nawet ta nie była w stanie trwać wiecznie, więc przysiadłem przy stole i napiłem się kawy, trzymając tą małą kruszynkę swoimi dłońmi, które jeszcze nie tak dawno temu zaciskały się na sercu pewnej młodej damy. Co tam zdrada w obliczu tego mroku, tych gasnących oczu, czanomagicznych sztuczek? Miałem niesamowity mętlik w głowie.
- Musisz coś wiedzieć, Imogen... Zanim się przeprowadzimy, zanim... podejmiemy tę decyzję, poszukamy odpowiedniego lokum... Musisz wiedzieć - stwierdziłem... niepewny? przerażony? nieco podniecony? Była w moim głosie pewna niepewność, strach, obawa. Imogen z pewnością zdawała sobie sprawę skąd się to brało. Wiecznie czułem się niedostatecznie dobry, niedoskonały, nieodpowiedni, a ostatnie rozmowy, które miałem okazję przeprowadzić z Ojcem, tylko to potwierdzały. Nie brało się to znikąd. Widziałem swoje błędy, słabości, ograniczenia w swoich umiejętnościach. Tak mnie to irytowało, a jednocześnie przerażało, że pewnego dnia ponownie będę niewystarczająco umiejętny, odpowiedni i stanie się coś, co zmaże z powierzchni ziemi mnie, Imogen albo nasze dzieciaki, że zniknie Vespera i Ulysses, ten dom, to wszystko, co miało dla mnie największą wartość. Nawet Avelina, ale o tym nie zamierzałem wspominać Imogen.
- Ostatnio dużo się dzieje, a ja czuję, że zostaję w tyle. Brakuje mi... tego czegoś, czego nie potrafię uchwycić, a jednocześnie... Sam nie wiem. Brzmię jak szaleniec - stwierdziłem zmieszany, nieco bawiąc Beatrice, kołysząc ją w swoich ramionach, bo musiała się przejąć mną, moimi emocjami, całą tą sytuacją. Pokręciłem głową, tuląc ją do siebie i podrygując. - Chcę was chronić, póki mogę. Chcę, żebyście byli bezpieczni, kiedy mnie zabraknie, bo mogłoby mnie tu równie dobrze już nie być - przyznałem czy wyznałem. Ciężko było stwierdzić. Serce waliło mi jak szalone, a obrazy z wczorajszej eskapady stawały się coraz bardziej wyraźnie. Te niebezpieczne oraz te, w których usilnie ściskałem dłoń Aveliny. Czy to, czy te pocałunki... Czy to była już zdrada? Czy jeszcze nie przekroczyłem tej paskudnej granicy? Zacisnąłem usta; zagryzłem wargi, bo Imogen na to nie zasługiwała. Na mnie, na bycie tu ze mną. Nie dość, że byłem zdradliwym gnojem, to jeszcze niemotą, panikarzem i osobą niegodną niewyobrażalnej mocy. Tak, w wciąż rozpamiętywałem ten późny wieczór, kiedy nie wstałem, gdy Czarny Pan zapraszał nas do siebie. Młodych, ambitnych, gotowych stanąć u swego boku. Ja ani drgnąłem, a teraz może byłbym kompletnie na innym poziomie. Zamiast tego wciąż znajdowałem się na dnie.