12.02.2024, 00:54 ✶
Odruchowo przeskoczyła po jego spiętych mięśniach wzrokiem; niby błyskawicznie, niby dyskretnie, ale jednak nie omieszkała zrobić przy tym głupiej miny kogoś, kto nie wie, czy współczuć, czy się zanieść śmiechem. Matka pewnie wjechałaby jej z butami na psychikę, że tak łatwo daje po sobie poznać, co w danym momencie siedzi jej w głowie, zwłaszcza na terenie tego kogoś, kto potencjalnie jeszcze mógł stać się wrogiem, ale... co mogła zrobić? Zwyczajnie wyglądało to śmiesznie, kiedy poczuł zapach kłopotów ulatniający się zza pudełka popcornu.
- Twoją matkę - odpyskowała z automatu, bo insynuacje pierdolenia czegokolwiek lub kogokolwiek płynące z ust facetów jakoś ją zawsze bezbrzeżnie wkurwiały i nie czuła się zobligowana do odpłacania się dobrymi manierami, a raczej pięknym za nadobne. Nawet nie skupiła się za bardzo na dalszej części, w której wspaniałomyślnie posłał ją do toalet - przez moment przeszło jej przez myśl, że może z rozpędu się do niego po chińsku odezwała i stąd to całe nieporozumienie, ale nie, tutaj opcje były tylko dwie: albo miał udar, albo właśnie opuszczał ten plac w zorganizowanym pośpiechu ze zwyczajnego strachu. A może wstydu?
Poszła równie szybko za nim, bo chciała się dowiedzieć, co go tak ściga. Nie mogła być to tylko ona sama, tam musiało być jakieś drugie dno, dźwięk drugich skrzypiec, które przygrywały taką melodię, co albo miała służyć odstraszaniom wron, albo wskrzeszała w nim jakąś uśpioną traumę. Cokolwiek by to nie było, budziło zawsze czyhającą ciekawość Meave. A ta, raz już zbudzona, musiała zostać zaspokojona, żeby właścicielki czasem zwyczajnie nie pogibało.
- Crow, daj spokój, przecież cię nie pogryzę - rzuciła lecąc truchtem tuż za nim, ze znamionami rozbawienia w głosie, nie chcąc kończyć, że po prostu go co najwyżej połknie w całości. Choć w sumie, może nawet było w tym głosie coś przyjaznego? - Dlaczego zwiewasz przed kimś, kto w zasadzie jest ci dłużny? - Zagadnęła, licząc, że to go zatrzyma, choćby po to, by mógł zaspokoić nie tylko Mewią, ale i swoją ciekawość. W końcu ona doskonale znała jego tożsamość, ale on nie powinien mieć zielonego pojęcia, z kim właściwie ma do czynienia. Chyba że się domyślił - ale na tak lotnego na umyśle niestety nie wyglądał.
- Twoją matkę - odpyskowała z automatu, bo insynuacje pierdolenia czegokolwiek lub kogokolwiek płynące z ust facetów jakoś ją zawsze bezbrzeżnie wkurwiały i nie czuła się zobligowana do odpłacania się dobrymi manierami, a raczej pięknym za nadobne. Nawet nie skupiła się za bardzo na dalszej części, w której wspaniałomyślnie posłał ją do toalet - przez moment przeszło jej przez myśl, że może z rozpędu się do niego po chińsku odezwała i stąd to całe nieporozumienie, ale nie, tutaj opcje były tylko dwie: albo miał udar, albo właśnie opuszczał ten plac w zorganizowanym pośpiechu ze zwyczajnego strachu. A może wstydu?
Poszła równie szybko za nim, bo chciała się dowiedzieć, co go tak ściga. Nie mogła być to tylko ona sama, tam musiało być jakieś drugie dno, dźwięk drugich skrzypiec, które przygrywały taką melodię, co albo miała służyć odstraszaniom wron, albo wskrzeszała w nim jakąś uśpioną traumę. Cokolwiek by to nie było, budziło zawsze czyhającą ciekawość Meave. A ta, raz już zbudzona, musiała zostać zaspokojona, żeby właścicielki czasem zwyczajnie nie pogibało.
- Crow, daj spokój, przecież cię nie pogryzę - rzuciła lecąc truchtem tuż za nim, ze znamionami rozbawienia w głosie, nie chcąc kończyć, że po prostu go co najwyżej połknie w całości. Choć w sumie, może nawet było w tym głosie coś przyjaznego? - Dlaczego zwiewasz przed kimś, kto w zasadzie jest ci dłużny? - Zagadnęła, licząc, że to go zatrzyma, choćby po to, by mógł zaspokoić nie tylko Mewią, ale i swoją ciekawość. W końcu ona doskonale znała jego tożsamość, ale on nie powinien mieć zielonego pojęcia, z kim właściwie ma do czynienia. Chyba że się domyślił - ale na tak lotnego na umyśle niestety nie wyglądał.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —