12.02.2024, 03:37 ✶
Uśmiechnęła się lekko, rozbawiona chyba jego wyborem, ale kiedy tak odpowiadał jej dlaczego, była w stanie wyobrazić sobie wszystkie te rzeczy o których wspominał. Włochy i ich słońce faktycznie wydawały się nie takie złe.
— Francuskie — wyszeptała w kontraście, nawet jeśli on o to nie zapytał. — Ale to o których opowieści snują cyganie, którzy podróżują od zawsze po tamtejszych bezdrożach. Miękkie, które powoli wypełnia ciało, by przeniknąć na wskroś i zostać na długo, nawet jeśli nie czuć go już na skórze. — ale jak to często bywało w jej przypadku, ciężko było skonkretyzować czy mówiła faktycznie o bijącym z nieba blasku, czy o ludziach, które je dawali.
Bo to na nich przede wszystkim polegał jej świat, a nie na miejscach w których się znajdowali; pamiętała ciepło tego słońca tak dobrze tylko dlatego, że obierała w jego blasku jabłka na placki, wyławiała z dzieciarnią z zalanej dziury po wykrocie pieska, albo czuła na sobie jego promienie kiedy zachodziło, a ona wygrywała z Alexandrem w ich własne rozgrywki karciane.
Może też dlatego też nie przepadała za tym Angielskim. Schowana w uliczkach Nokturnu rzadko widziała je w pełnej krasie, tym bardziej że na wyspach co chwila padało. Było też świadkiem jej najgorszych i najbardziej bolesnych życiowych porażek. Jak więc mogła je kochać? Fakt, że w ogóle jeszcze mogła na nie patrzeć było praktycznie cudem w jej mniemaniu.
Ale mimo to wciąż siedziała tutaj. W Anglii, w Londynie. W Ataraxii, czując jak dłoń Longbottoma wędruje po jej włosach i uśmiechając się do niego gdzieś na granicy kojącej czułości. Fascynował ją niezmiernie ten wyraz, jaki przybierały jego oczy i mimowolnie zastanawiała się, czy robił to specjalnie. Nie przywykła do takiego spojrzenia. Nie u mężczyzn którym zazwyczaj wsuwała się do łóżka. Nie tym, którym mówiła tak jak on jej teraz; tylko dzisiaj.
Tak samo nie wiedziała początkowo, jak właściwie powinna podejść do zadanej jej zagadki, bo nie przywykła do mówienia innym kim są. Ani jacy są. Mogła wyłuskać dla niego suche fakty, bo kiedy tylko w czyimś kontekście słyszała dlaczego? płoszyła się natychmiast. Dlaczego kogoś lubiła? Dlaczego zabiegała o czyjeś towarzystwo? Dlaczego w ogóle podejmowała decyzję o byciu szczerą w stosunku do konkretnego człowieka? Nigdy nie chciała tego wiedzieć, jakby rozebranie na części pierwsze znajomości z kimś miało oznaczać, że potrzebowała jakiegokolwiek powodu by darzyć ich sympatią. A skoro miałaby zacząć szukać tych wyznaczników, to już blisko było także do tego, by zrobić sobie listę tych dlaczego w ogóle powinna odwrócić się i odejść.
— Nie, ale mogę ci pokazać — wyszeptała wreszcie w odpowiedzi. Marzyła, żeby to on powiedział jej, kim właściwie była. Wysnuł jakąś piękną, słodką opowieść, która wypełniłaby jej głowę tak, że nawet przez moment byłaby w stanie w nią uwierzyć, bo prawda była taka, że Rosie zgubiła samą siebie dawno, dawno temu. Była tą samą smutną, wystraszoną dziewczynką, która była kiedyś w szkole, tylko że teraz nauczyła się wyżej nosić głowę i o wiele dokładniej przykrywać to wszystko płaszczykiem złudzeń i przeróżnych manier.
— Niech zatem toną — Niech idą na dno, tonąc w objęciach ramion i pod falami pocałunków. Uśmiechnęła się lekko, palcami dłoni obejmując jego kark, jakby nie chciała, żeby uciekł jej gdzieś dalej. — Cokolwiek zechcesz — wyszeptała jeszcze do jego ucha, dokładnie tak samo jak często szeptała do ucha innym mężczyznom, zanim nie powiodła pocałunkami po jego policzku, aż w końcu nie znalazła jego ust.
— Francuskie — wyszeptała w kontraście, nawet jeśli on o to nie zapytał. — Ale to o których opowieści snują cyganie, którzy podróżują od zawsze po tamtejszych bezdrożach. Miękkie, które powoli wypełnia ciało, by przeniknąć na wskroś i zostać na długo, nawet jeśli nie czuć go już na skórze. — ale jak to często bywało w jej przypadku, ciężko było skonkretyzować czy mówiła faktycznie o bijącym z nieba blasku, czy o ludziach, które je dawali.
Bo to na nich przede wszystkim polegał jej świat, a nie na miejscach w których się znajdowali; pamiętała ciepło tego słońca tak dobrze tylko dlatego, że obierała w jego blasku jabłka na placki, wyławiała z dzieciarnią z zalanej dziury po wykrocie pieska, albo czuła na sobie jego promienie kiedy zachodziło, a ona wygrywała z Alexandrem w ich własne rozgrywki karciane.
Może też dlatego też nie przepadała za tym Angielskim. Schowana w uliczkach Nokturnu rzadko widziała je w pełnej krasie, tym bardziej że na wyspach co chwila padało. Było też świadkiem jej najgorszych i najbardziej bolesnych życiowych porażek. Jak więc mogła je kochać? Fakt, że w ogóle jeszcze mogła na nie patrzeć było praktycznie cudem w jej mniemaniu.
Ale mimo to wciąż siedziała tutaj. W Anglii, w Londynie. W Ataraxii, czując jak dłoń Longbottoma wędruje po jej włosach i uśmiechając się do niego gdzieś na granicy kojącej czułości. Fascynował ją niezmiernie ten wyraz, jaki przybierały jego oczy i mimowolnie zastanawiała się, czy robił to specjalnie. Nie przywykła do takiego spojrzenia. Nie u mężczyzn którym zazwyczaj wsuwała się do łóżka. Nie tym, którym mówiła tak jak on jej teraz; tylko dzisiaj.
Tak samo nie wiedziała początkowo, jak właściwie powinna podejść do zadanej jej zagadki, bo nie przywykła do mówienia innym kim są. Ani jacy są. Mogła wyłuskać dla niego suche fakty, bo kiedy tylko w czyimś kontekście słyszała dlaczego? płoszyła się natychmiast. Dlaczego kogoś lubiła? Dlaczego zabiegała o czyjeś towarzystwo? Dlaczego w ogóle podejmowała decyzję o byciu szczerą w stosunku do konkretnego człowieka? Nigdy nie chciała tego wiedzieć, jakby rozebranie na części pierwsze znajomości z kimś miało oznaczać, że potrzebowała jakiegokolwiek powodu by darzyć ich sympatią. A skoro miałaby zacząć szukać tych wyznaczników, to już blisko było także do tego, by zrobić sobie listę tych dlaczego w ogóle powinna odwrócić się i odejść.
— Nie, ale mogę ci pokazać — wyszeptała wreszcie w odpowiedzi. Marzyła, żeby to on powiedział jej, kim właściwie była. Wysnuł jakąś piękną, słodką opowieść, która wypełniłaby jej głowę tak, że nawet przez moment byłaby w stanie w nią uwierzyć, bo prawda była taka, że Rosie zgubiła samą siebie dawno, dawno temu. Była tą samą smutną, wystraszoną dziewczynką, która była kiedyś w szkole, tylko że teraz nauczyła się wyżej nosić głowę i o wiele dokładniej przykrywać to wszystko płaszczykiem złudzeń i przeróżnych manier.
— Niech zatem toną — Niech idą na dno, tonąc w objęciach ramion i pod falami pocałunków. Uśmiechnęła się lekko, palcami dłoni obejmując jego kark, jakby nie chciała, żeby uciekł jej gdzieś dalej. — Cokolwiek zechcesz — wyszeptała jeszcze do jego ucha, dokładnie tak samo jak często szeptała do ucha innym mężczyznom, zanim nie powiodła pocałunkami po jego policzku, aż w końcu nie znalazła jego ust.
Koniec sesji
she was a gentle
sort of horror
sort of horror