12.02.2024, 12:00 ✶
- Nie, na razie to jest to, czego mi trzeba - zamyślił się, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Po prostu to przemyśl... Myślenie najlepiej wychodziło mu, gdy był w znanym sobie środowisku i to w pojedynkę. Na razie miał bardziej palący problem, a nawet kilka. Bellatrix była zaledwie kroplą w morzu. - Mogę myśleć o niej co chcę i mieć do niej żal czy być wściekły, ale nie zmieni to faktu, że Black jest profesjonalistką. Nie będzie mnie zaczepiać w Ministerstwie. Zresztą nie chcę wracać do domu z wielu różnych powodów.
Tego akurat był pewny. Chciał na moment zniknąć tak na wszelki wypadek, ale nie będzie rezygnował z pracy. Praca była w tej chwili jedyną rzeczą, która mu pozostała - jedyną stałą w tym świecie. Dodatkowo miał na głowie nie jednego, a dwóch Mulciberów, musiał też podjąć pewne kroki w sprawie planu, jaki narzucił im Robert. Rodolphus przetarł twarz dłonią. Tak, to zdecydowanie był najmniejszy z jego problemów w danej chwili.
Gdy Nicholas powiedział, że nie w głowie mu było zakładanie rodziny, skierował na niego swój wzrok. Nie był zdziwiony, z tego co go zdążył poznać to był niezwykle ambitny. Nie zdziwiłby się, gdyby Travers ostrzył sobie zęby na awans.
- Nie wiem. Na razie zaczyna mi ten temat wychodzić bokiem, zwłaszcza że już wcześniej... Potrafiła sprawić problemy - skrzywił się, nie rozwijając jednak tego tematu. Nie chciał wprowadzać Nicholasa w szczegóły, chociaż i tak wcześniej to zrobił, gdy przyszedł do niego pytając o Roberta. Teraz jednak sprawy miały się zupełnie inaczej i musiał staranniej dobierać słowa, skoro był pod przysięgą wieczystą. Po prostu pozwoli, by tamten temat się rozpłynął w nicości. Tak jak temat Belli. - Zakładam, że chcesz awansować, stąd taka decyzja?
Zmienił temat, bo nie miał zamiaru siedzieć w ciszy. Zwykle mu to nie przeszkadzało, ale teraz miał wrażenie, że cisza mogłaby być niezręczna. Nie byłaby, gdyby był w pełni władz umysłowych. Pamięć bywała kapryśna i wracała niezwykle powoli. Opornie, chociaż powoli zaczynały prześwitywać mu pojedyncze scenki. Skręcił w alejkę, poszedł na Nocturn. Po co? Nie wiedział. Potem z niego wyszedł, już wtedy miał ranę na dłoni. Pamiętał, że bezwiednie skierował się do swojego mieszkania, ale skręcił w ostatniej chwili.
- Być może. Ale tego się dowiem przy konfrontacji. Najwyżej mnie wydziedziczą - wszystko co osiągnąłem, zawdzięczam wyłącznie sobie - było to w dużej mierze prawdą. Nie polegał na koneksjach rodziny, chociaż znane nazwisko na pewno mu pomogło. Ale to nie rodzina napisała za niego badania, nie ona je prowadziła. Wszystko to, co robił, toczyło się poza ich zasięgiem.
Tego akurat był pewny. Chciał na moment zniknąć tak na wszelki wypadek, ale nie będzie rezygnował z pracy. Praca była w tej chwili jedyną rzeczą, która mu pozostała - jedyną stałą w tym świecie. Dodatkowo miał na głowie nie jednego, a dwóch Mulciberów, musiał też podjąć pewne kroki w sprawie planu, jaki narzucił im Robert. Rodolphus przetarł twarz dłonią. Tak, to zdecydowanie był najmniejszy z jego problemów w danej chwili.
Gdy Nicholas powiedział, że nie w głowie mu było zakładanie rodziny, skierował na niego swój wzrok. Nie był zdziwiony, z tego co go zdążył poznać to był niezwykle ambitny. Nie zdziwiłby się, gdyby Travers ostrzył sobie zęby na awans.
- Nie wiem. Na razie zaczyna mi ten temat wychodzić bokiem, zwłaszcza że już wcześniej... Potrafiła sprawić problemy - skrzywił się, nie rozwijając jednak tego tematu. Nie chciał wprowadzać Nicholasa w szczegóły, chociaż i tak wcześniej to zrobił, gdy przyszedł do niego pytając o Roberta. Teraz jednak sprawy miały się zupełnie inaczej i musiał staranniej dobierać słowa, skoro był pod przysięgą wieczystą. Po prostu pozwoli, by tamten temat się rozpłynął w nicości. Tak jak temat Belli. - Zakładam, że chcesz awansować, stąd taka decyzja?
Zmienił temat, bo nie miał zamiaru siedzieć w ciszy. Zwykle mu to nie przeszkadzało, ale teraz miał wrażenie, że cisza mogłaby być niezręczna. Nie byłaby, gdyby był w pełni władz umysłowych. Pamięć bywała kapryśna i wracała niezwykle powoli. Opornie, chociaż powoli zaczynały prześwitywać mu pojedyncze scenki. Skręcił w alejkę, poszedł na Nocturn. Po co? Nie wiedział. Potem z niego wyszedł, już wtedy miał ranę na dłoni. Pamiętał, że bezwiednie skierował się do swojego mieszkania, ale skręcił w ostatniej chwili.
- Być może. Ale tego się dowiem przy konfrontacji. Najwyżej mnie wydziedziczą - wszystko co osiągnąłem, zawdzięczam wyłącznie sobie - było to w dużej mierze prawdą. Nie polegał na koneksjach rodziny, chociaż znane nazwisko na pewno mu pomogło. Ale to nie rodzina napisała za niego badania, nie ona je prowadziła. Wszystko to, co robił, toczyło się poza ich zasięgiem.