Parsknęła śmiechem, nie mogła się powstrzymać, prawie wylądowała przy tym na podłodze. - Jestem człowiekiem ogromnej wiary, co tydzień rodzice ubierali mnie w piękne, białe sukieneczki i prowadzali na obrzędy, popatrz co ze mnie wyrosło. - Zdecydowanie nie była wierząca, miała gdzieś te sprawy związane z Matką i całą resztę. Ostatnio zaczynała patrzeć na wszystko nieco inczej, bo sporo się wydarzyło, nie zmieniało to jednak faktu, że nie zamierzała brać udział w żadnych ceremoniach kowenowych - nadal.
- Nie tak łatwo mnie zabić, ale to już wiesz. - Próbowała rzucić żartem, chociaż wcale nie był taki śmieszny. Sama się bała, tak kurewsko się bała podczas tego Beltane, że to jej ostatni dzień, że spłonie w tym ogniu, ale strach wcale nie był zły, powodował, że pojawiał się rozsądek, którego jej często brakowało. Jak się okazuje, nawet Heather czasem się bała.
- Musimy się chyba z tym pogodzić. - Wzruszyła ramionami, chociaż trudno jej było porównać pracę w BUM do tej w Mungu. Cameron ratował życia, też mogły mu się przytrafić różne niebezpieczeństwa, jednak nie były one taką codziennością, jak te w magipolicji. Cieszyło ją jednak to, że nie zamierzał jej ograniczać, że jej ufał i wierzył w to, że nie stanie się jej krzywda.
Wolała mu też nie wspominać zbyt wiele o tym, co robiła po godzinach pracy, w zasadzie było to podobne do tego czym zajmowała się na co dzień, więc nazywanie tego nadgodzinami nie było chyba kłamstwem, prawda? Wolała nie narażać go na niebezpieczeństwo, nie wybaczyłaby sobie, gdyby stała mu się krzywda przez to, czym się zajmowała. Musiała go trzymać od tego z daleka.
- Jak sobie życzysz, chociaż ślicznie wyglądasz jak się złościsz. - Wyjaśnił jej wszystko bardzo prosto i tego potrzebowała. Zapewnienia, że może angażować się dalej. Mimo wszystko brnął w to z nią, niesamowicie ją to uszczęśliwiało, bo niejedna osoba by z niej przez to zrezygnowała, ale nie on.
Pranie pofrunęło przed nimi. Wood uniosła wzrok w jego kierunku. - Fajna sztuczka. - Mogli udać się do łazienki, aby kontynuować to bardzo trudne zdanie, jakim było wypranie ubrań Camerona.
Atmosfera nie była już tak gęsta, może i dobrze, że zmienili pomieszczenie, bo jeszcze chwila i mogło tam coś eskalować. Ruda usiadła sobie na podłodze, przed Lupinem, wpatrywała się w pralkę, jakby była niewiadomo jak skomplikowanym urządzeniem. - Chyba tak, trzeba to wrzucić do środka. Wszystko. - Machnęła różdżką, aby to zrobić, ubrania znalazły się więc w pralce. - Na pewno coś wlać, czy wsypać, ale nie wiem co. - Musiało się to znajdować gdzieś obok, przynajmniej na logikę. Przejęła butelkę od Camerona i zaciągnęła się zapachem. - Kurwa, zrzygam się, ale to jebie. - Dodała uroczo. - Może ma tak walić i zmienia zapach jak trafia do środka? - Nie miała zielonego pojęcia, co robią.