Chociaż prawdziwa część ich misji jeszcze się nie zaczęła, na karku Morpheusa wystąpiły już kropelki potu. Wykorzystał postój przed wejściem do jaskini, aby oprzeć się o wysoki głaz i uspokoić oddech. Przez większą część ich podróży milczał, zapatrzony w przód, z bardzo skupionym wyrazem twarzy. Z marsową miną wyszedł na ląd, przyglądając się terenowi, jaki muszą pokonać i dziękował bogom za swoją przezorność w doborze obuwia. Nawet jeśli miał na sobie brązowe, eleganckie spodnie i kwiecistą koszulę z podwiniętymi rękawami do łokci, niczym poeta, to stopy uzbroił w buty wojskowe, na grubej podeszwie, które zabezpieczają kostkę, a przy pasku nosił lśniący francuski rapier. Wątpił, aby miał się im przydać, ale coś mu podpowiadało, że to dobry pomysł, aby mieć więcej uzbrojenia niż mniej, a on nigdy nie ignorował swojego przeczucia.
Z zadyszką, ale trwał u boku, mając wrażenie, że jest jedynym dorosłym, a później przypominając sobie, że nikt tutaj już nie jest dzieckiem. Nikt nie jest dzieckiem w czasie wojny.
— Możesz się mną zaopiekować, mam najlepszą perspektywę na zostanie damą w opresji, a ty moim rycerzem — powiedział do Brenny, zapalając papierosa, tak dla równowagi, to zbyt świeże, mgliste morskie powietrze zdecydowanie musiało mu szkodzić, potrzebował wyrównania w energii żywiołów, a ognista natura tytoniu idealnie się do tego nadawał. Poprawił na ramionach wełniany płaszcz, który bardziej przypominał luźno zarzucony koc z merynosa, spięty na obojczyku klamrą w kształcie półksiężyca, który równie przezornie wziął ze sobą; w jaskiniach zwykle temperatura spadała blisko zera, co z ciepłem dni na powierzchni było raczej dramatyczną zmianą. Morpheus mógł wybierać się na niebezpieczną misję, ale nie zamierzał umrzeć w brzydkim ubraniu.
Najsłabsze fizyczne ogniwo tej wędrówki, wykuty z najstarszego materiału, nie był tutaj jednak dla swoich bitewnych umiejętności czy potężnej aparycji, bo nie miał ani jednej, ani drugiej. Postawił stopę na wyspie, ponieważ nie bez powodu spotkał przepowiednię. Ponieważ widział przyszłość. I ponieważ mógł zmienić bieg wydarzeń.
Większość konwersacji umknęła mu, gdy jego skupienie się rozmyło, a on sięgnął po ciemność przyszłości, dotknął opuszkami woalu rzeczywistości, aby robić to, co robi najlepiej. Odkrywać, co zakryte. Spojrzał w głąb jaskini, w ten nieprzenikniony mrok. O, Wielki Hadesie, władco mrocznych zaświatów, wspaniały gospodarzu naszych ukochanych zmarłych, mężu złotowłosej Perspephony, władyko bogactw w głębinach, wielbię Cię i wzywam Cię, daj mi swojej mocy w tej mrocznej godzinie, w ciemności Twojego dominium, wzywam Cię.
Akcja nieudana
Mrok był jednak zbyt gęsty. Zbyt przytłaczający.