Morpheus się poddał.
Wywrócił oczami tam mocno, że widoczne były jedynie białka w jego czach, a powieki zatrzepotały, podkreślając jeszcze to, jak długie miał rzęsy; w czasach szkolnych zazdrościło mu tego wiele dziewcząt z jego roku, zwłaszcza tych, które pracowały z nim w grupie. Podczas gdy oczy Brenny były wypełnione ogniem, te czarodzieja przypominały raczej spojrzenie baranka, idącego na rzeź, łani, stojącej na drodze szybkiego ruchu przed nadjeżdżającymi, pędzącymi samochodami. Słodkie spojrzenie, abyś nie zobaczył jelenich rogów, które przebiją ciało i będą nosić wnętrzności, niczym dumną koronę.
— Musisz mi wypominać moją kondycję, teraz, Brenno, teraz? — zaśmiał się cicho, bezdźwięcznie, jakby chciał ukryć, co miała na myśli kobieta, gdy wspominała o tym, że jest synem swojej matki. Wyszło przez to nieco nerwowo, ale nic dziwnego, znajdowali się w dziwnym miejscu, dziwnej sytuacji. — Nie zamierzam się z wami spierać, więc młodzież przodem. Brenno, proszę, nie dotykaj niczego, ale idź przodem. Postaram się Widzieć, ale i to brzmi... nie wiem, czy będzie istniała przyszłość, jeśli nie ma czasu.
Słowa Rodolphusa nieco go zaniepokoiły; znów zbytnio przypominał mu siebie, chłopaka, który na siłę próbował być tajemniczy i mroczny, który opowiadał wszystkim, że umrze młodo. Już miesiąc wcześniej stwierdził, że młody czarodziej potrzebował więcej znajomych i wychodzenia z podziemi Ministerstwa. Może powinien go zabrać na piwo? Zapoznać z normalnymi ludźmi? Oczywiście, nie mugolami, to zbytni szok kulturowy, ale kimś, kto nie kija w dupie i wyciągnie młodzieńca z ciemności jego duszy.
— To, że z Brenną łączą mnie więzy krwi, nie oznaczają, że rzucę cię na pożarcie wilkom, Rodolphusie. Rzucę was oboje jednakowo — uśmiechnął się do młodszego mężczyzny promiennie, z tą iskierką szaleństwa, która nie pozwalała brać jego słów całkowicie jako żart, ale też nie dało się uwierzyć, że mówi całkowicie na serio. Oto, młody chłopcze, co się dzieje, gdy jesteś zbyt długo Niewymownym, zdawało mówić się jego spojrzenie, lecz nie w wyraźny sposób, intencjonalny, a raczej oddając takie wrażenie na licu siwiejącego czarodzieja.
Przepuścił ich dwoje, jakby planował być aniołem stróżem całego przedsięwzięcia. Szkoda, że brakowało mu płonącego miecza.