12.02.2024, 19:31 ✶
Rodzice Camerona nie mieli zbyt wiele czasu na zajmowanie się obrządkami religijnymi. Chłopak kojarzył z wczesnego dzieciństwa wizyty w kwaterze głównej, gdzie czasem odbywały się większe uroczystości, jednak nigdy go specjalnie nie popychano w stronę kultu Matki. Może była to kwestia tego, że w domu mieli drugi pod nazwą ''magimedycyna"? Całkiem prawdopodobne. Gdy dzieciaki Macmillanów przyswajały kolejne modlitwy, Cameron uczył się o roślinach i ich zastosowaniach medycznych, grzebiąc w szafkach z lekami na zapleczu. Każdy miał jakieś dzieciństwo, co nie?
— Oh, jak uroczo! Nawet do twarzy by ci było w białym. — Uśmiechnął się, udając, że nie rozpoznał sarkazmu kryjącego się w jej słowach. — To pewnie stąd ta buntownicza natura. Najpierw jedenaście lat wśród wierzących, a potem nagle przychodzi list z Hogwartu i zyskujesz tyle wolności! — Pokręcił głową. — Po świątyniach pewnie mówią, że jak wrócisz, to oberwiesz piorunem z nieba.
Co prawda to prawda, żart Heather w ogóle nie należał do zabawnych. Cameron miał nadzieję, że Beltane nie powtórzy się zbyt szybko i nadchodzące sabaty upłynął w przyjemniejszej atmosferze. Może kilka miesięcy spokoju pozwoliłoby mu przywyknąć do tego, że jego dziewczyna rzuca się w objęcia niebezpieczeństwa za każdym razem, gdy wychodziła do pracy? Nawet byłby skłonny przetestować tę teorię, gdyby nie wisiało nad nimi widmo kolejnych ataków Śmierciożerców.
— To te mocne kości po latach treningów — odbił piłeczkę, starając się zmniejszyć ciężar dyskusji.
Chociaż za to możemy podziękować twojej pasji, pomyślał przelotnie. Chociaż sam nie przepadał zbytnio za lataniem przez swój lęk wysokości, tak wiele razy widział, ile potu i łez Heather wkładała w to, aby doprowadzić swoje ciało do odpowiedniego stanu. Te wszystkie lata porannych przebieżek po szkolnych błoniach i wielogodzinnych treningów w końcu się do czegoś przydały. Nie, żeby wygrane w meczach nie były jakimś wielkim zwycięstwem, po prostu... Teraz przydawały się w nieco inny sposób.
— Taa... Ty też. — Ale z niego był komplemenciarz. — Zwłaszcza wtedy, gdy wysadzasz hydranty w powietrze i ciskasz w ludzi strumieniami wody.
Odetchnął z ulgą, gdy owiało go chłodniejsze powietrze. Łazienka zawsze służyła mu za swego rodzaju schronienie. Chociaż każde z rodzeństwa miało swój pokój, tak metraż samego mieszkania nie był jakiś zadziwiający. Często bywało, że Cameron, Cedric i Cecylka trzymali u siebie nawzajem swoje rzeczy, jeśli u kogoś zwolniło się miejsce.
A to z kolei doprowadziło do kompletnego zamazania granic dotyczących prywatności i przestrzeni osobistej. Cameron nie raz budził się nad ranem tylko po to, aby zastać swoją siostrę lub brata grzebiących mu po szafkach, lub zrywających listki roślinek na parapecie, które lepiej odnajdywały się w pokoju najmłodszego z Lupinów. Lepszy dostęp do światła. Podobno.
— No to wio! — Machnął dłonią, zaraz jednak marszcząc brwi na reakcję Rudej na specyfik do prania. Teraz to na pewno tego po niej nie powącha. — Ta, może. — Bądź co bądź, był to całkiem logiczny wniosek. Cameron sięgnął niepewnie po proszek do prania i wrzucił trzy garście do bębna. — Dolej tam tego trochę i odpalimy ten cud techniki.
Mama na pewno będzie dumna.
— Oh, jak uroczo! Nawet do twarzy by ci było w białym. — Uśmiechnął się, udając, że nie rozpoznał sarkazmu kryjącego się w jej słowach. — To pewnie stąd ta buntownicza natura. Najpierw jedenaście lat wśród wierzących, a potem nagle przychodzi list z Hogwartu i zyskujesz tyle wolności! — Pokręcił głową. — Po świątyniach pewnie mówią, że jak wrócisz, to oberwiesz piorunem z nieba.
Co prawda to prawda, żart Heather w ogóle nie należał do zabawnych. Cameron miał nadzieję, że Beltane nie powtórzy się zbyt szybko i nadchodzące sabaty upłynął w przyjemniejszej atmosferze. Może kilka miesięcy spokoju pozwoliłoby mu przywyknąć do tego, że jego dziewczyna rzuca się w objęcia niebezpieczeństwa za każdym razem, gdy wychodziła do pracy? Nawet byłby skłonny przetestować tę teorię, gdyby nie wisiało nad nimi widmo kolejnych ataków Śmierciożerców.
— To te mocne kości po latach treningów — odbił piłeczkę, starając się zmniejszyć ciężar dyskusji.
Chociaż za to możemy podziękować twojej pasji, pomyślał przelotnie. Chociaż sam nie przepadał zbytnio za lataniem przez swój lęk wysokości, tak wiele razy widział, ile potu i łez Heather wkładała w to, aby doprowadzić swoje ciało do odpowiedniego stanu. Te wszystkie lata porannych przebieżek po szkolnych błoniach i wielogodzinnych treningów w końcu się do czegoś przydały. Nie, żeby wygrane w meczach nie były jakimś wielkim zwycięstwem, po prostu... Teraz przydawały się w nieco inny sposób.
— Taa... Ty też. — Ale z niego był komplemenciarz. — Zwłaszcza wtedy, gdy wysadzasz hydranty w powietrze i ciskasz w ludzi strumieniami wody.
Odetchnął z ulgą, gdy owiało go chłodniejsze powietrze. Łazienka zawsze służyła mu za swego rodzaju schronienie. Chociaż każde z rodzeństwa miało swój pokój, tak metraż samego mieszkania nie był jakiś zadziwiający. Często bywało, że Cameron, Cedric i Cecylka trzymali u siebie nawzajem swoje rzeczy, jeśli u kogoś zwolniło się miejsce.
A to z kolei doprowadziło do kompletnego zamazania granic dotyczących prywatności i przestrzeni osobistej. Cameron nie raz budził się nad ranem tylko po to, aby zastać swoją siostrę lub brata grzebiących mu po szafkach, lub zrywających listki roślinek na parapecie, które lepiej odnajdywały się w pokoju najmłodszego z Lupinów. Lepszy dostęp do światła. Podobno.
— No to wio! — Machnął dłonią, zaraz jednak marszcząc brwi na reakcję Rudej na specyfik do prania. Teraz to na pewno tego po niej nie powącha. — Ta, może. — Bądź co bądź, był to całkiem logiczny wniosek. Cameron sięgnął niepewnie po proszek do prania i wrzucił trzy garście do bębna. — Dolej tam tego trochę i odpalimy ten cud techniki.
Mama na pewno będzie dumna.