12.02.2024, 22:59 ✶
Miała pewne obawy co do wizyty Perseusa, związane i z weselem, i z tym, że jego żona miała być Rookwoodówną, i czy na pewno Black wie, na jakie przyjęcie się wybiera. Na wieść o tym, że Erik zaprosił i Elliotta, uniosła lekko brwi – nie w oburzeniu, oczywiście, nie w zdziwieniu nawet, bo właściwie powinna była wpaść na to, że skoro zaprosił Blacka, zaprosi też Malfoya.
Raczej chodziło o to, że Elliott zawsze był tak elegancki i tak dbał o maniery, że przez moment ciężko było jej wtłoczyć go nawet w wyobraźni pośród większość członków Zakonu. Nie, nie bała się, że on potraktuje kogoś niegrzecznie, ani nawet że ktoś jego tak potraktuje, a że może dojść… do małego zderzenia kulturowego.
Może nie wpadnie, bo sam to wiedział? Ale nie chciała tego mówić. Zwłaszcza, że właściwie byli w całkiem podobnej sytuacji, on i dwójka jego kolegów Ślizgonów, ona i jej dwie ślizgońskie koleżanki, które jak Brenna podejrzewała, nie zechcą się pojawić.
– Właściwie nie zdziwiłabym się, gdyby nie chciała go w wieczór przed ślubem wypuścić nawet na audiencję u królowej. To znaczy, gdyby czarodzieje mieli królową. I nie mogłabym jej za to winić ani mówić, że to dlatego, że Rookwoodowie to walnięta rodzina, bo chyba żadna panna młoda nie chciałaby tak ryzykować. Chociaż są walniętą rodziną – stwierdziła, a potem machnięciem różdżki ustawiła kolejny stół tam, gdzie wkrótce miała zacząć układać jedzenie. Zamówione w większości, ale starannie sprawdzone, oczywiście.
Stoły uderzyły o siebie z głośnym trzaskiem, bo Brenna poświęcała nieco za mało uwagi ich ustawieniu, wzrok skupiając na bracie. Zastanawiała się, czy jest po prostu niewyspany, czy chodzi o coś więcej – wydawał się bardzo rozczarowany tym, że Elliott Malfoy ma teraz niewiele czasu i że jego obecność na potańcówce w Dolinie Godryka stoi pod znakiem zapytania.
Brenna trochę żałowała, że Mavelle niezbyt jest chętna na tańce, i że to nie jest miejsce, do którego ciągnęłyby niektóre z jej przyjaciółek. Ale Erik przybierał wyjątkowo marsowe oblicze. Znała tę minę: znała przecież wszystkie wyrazy jego twarzy. Znali się o wiele za długo, a ona za dużą uwagę zwracała na zachowania brata, żeby mogło być inaczej.
– Erik? Może chcesz wrócić do domu? – zapytała, przekrzywiając lekko głowę. Niezbyt przejęta tym, że stoły stanęły odrobinę krzywo, przyglądała się bratu bardzo uważnie, jakby chciała zajrzeć mu do głowy. Czy był zmęczony, rozczarowany brakiem odpowiedzi przyjaciół, czy coś jeszcze innego? Po Beltane przecież nie mogło być mu łatwo. A może stało się coś więcej. – Poradzę sobie z tym sama, jeżeli jesteś zmęczony.
Machnęła ręką w stronę pudła z przyniesionymi naczyniami, świetlikami i owocami. A przez głowę przeszło jej, że może jednak się myliła, może wcale nie potrzebowali zabawy, spotkania, chwili zapomnienia i ładnych rzeczy, przypomnienia, że są nie tylko żołnierzami, ale też przyjaciółmi. Może potrzebowali spokoju. Albo jeszcze czegoś: czego ona nie potrafiła pochwycić, bo nie była na to dość spostrzegawcza.
Raczej chodziło o to, że Elliott zawsze był tak elegancki i tak dbał o maniery, że przez moment ciężko było jej wtłoczyć go nawet w wyobraźni pośród większość członków Zakonu. Nie, nie bała się, że on potraktuje kogoś niegrzecznie, ani nawet że ktoś jego tak potraktuje, a że może dojść… do małego zderzenia kulturowego.
Może nie wpadnie, bo sam to wiedział? Ale nie chciała tego mówić. Zwłaszcza, że właściwie byli w całkiem podobnej sytuacji, on i dwójka jego kolegów Ślizgonów, ona i jej dwie ślizgońskie koleżanki, które jak Brenna podejrzewała, nie zechcą się pojawić.
– Właściwie nie zdziwiłabym się, gdyby nie chciała go w wieczór przed ślubem wypuścić nawet na audiencję u królowej. To znaczy, gdyby czarodzieje mieli królową. I nie mogłabym jej za to winić ani mówić, że to dlatego, że Rookwoodowie to walnięta rodzina, bo chyba żadna panna młoda nie chciałaby tak ryzykować. Chociaż są walniętą rodziną – stwierdziła, a potem machnięciem różdżki ustawiła kolejny stół tam, gdzie wkrótce miała zacząć układać jedzenie. Zamówione w większości, ale starannie sprawdzone, oczywiście.
Stoły uderzyły o siebie z głośnym trzaskiem, bo Brenna poświęcała nieco za mało uwagi ich ustawieniu, wzrok skupiając na bracie. Zastanawiała się, czy jest po prostu niewyspany, czy chodzi o coś więcej – wydawał się bardzo rozczarowany tym, że Elliott Malfoy ma teraz niewiele czasu i że jego obecność na potańcówce w Dolinie Godryka stoi pod znakiem zapytania.
Brenna trochę żałowała, że Mavelle niezbyt jest chętna na tańce, i że to nie jest miejsce, do którego ciągnęłyby niektóre z jej przyjaciółek. Ale Erik przybierał wyjątkowo marsowe oblicze. Znała tę minę: znała przecież wszystkie wyrazy jego twarzy. Znali się o wiele za długo, a ona za dużą uwagę zwracała na zachowania brata, żeby mogło być inaczej.
– Erik? Może chcesz wrócić do domu? – zapytała, przekrzywiając lekko głowę. Niezbyt przejęta tym, że stoły stanęły odrobinę krzywo, przyglądała się bratu bardzo uważnie, jakby chciała zajrzeć mu do głowy. Czy był zmęczony, rozczarowany brakiem odpowiedzi przyjaciół, czy coś jeszcze innego? Po Beltane przecież nie mogło być mu łatwo. A może stało się coś więcej. – Poradzę sobie z tym sama, jeżeli jesteś zmęczony.
Machnęła ręką w stronę pudła z przyniesionymi naczyniami, świetlikami i owocami. A przez głowę przeszło jej, że może jednak się myliła, może wcale nie potrzebowali zabawy, spotkania, chwili zapomnienia i ładnych rzeczy, przypomnienia, że są nie tylko żołnierzami, ale też przyjaciółmi. Może potrzebowali spokoju. Albo jeszcze czegoś: czego ona nie potrafiła pochwycić, bo nie była na to dość spostrzegawcza.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.