12.02.2024, 23:06 ✶
— Dokładnie! Cały zamek do twojej dyspozycji, szkolne błonia...
Zaczął wyliczać, wspominając jeszcze między innymi o nauczycielach, koleżankach z dormitoriów, tajnych przejściach za obrazami, całą masą zajęć dodatkowych oferowanych przez Hogwart, zatrzymując się na niedozwolonych wyjściach do Zakazanego Lasu. Jakby to kiedykolwiek mogło powstrzymać Rudą. Równie dobrze mogliby postawić między drzewami znak ''Zapraszamy cię tu, Heather!".
— Nawet postarali się o to, żebyś dalej mogłaś rywalizować z innymi i przez siedem lat organizowali Puchar Domów, żeby dostosować się do twoich potrzeb. Eh, po prostu żyć nie umierać. W klasztorze kowenu nie miałabyś takich atrakcji.
Wątpił, aby kapłani faktycznie przetrzymywali swoje dzieci w takich instytucjach, jednak istniało przecież nauczanie domowe, prawda? A na dobrą sprawą większość członków kowenu Whitecroft była ze sobą spokrewnionych, więc kto wie, może coś takiego nawet by przeszło? Jedna kapłanka byłaby od Historii Magii, inna od OPCM-u, a arcykapłanka wykładałaby Zielarstwo. W sumie ciekawe czy gdyby taki scenariusz faktycznie zaistniał, to Ministerstwo zainterweniowałoby. Czy obawialiby się tego, czego dzieciaki mogłyby się dowiedzieć od grona głęboko uduchowionych czarodziejów i czarownic?
— Mikstura super-brygadzistki? — zaśmiał się krótko, odpędzając jednak chwilowo natrętne myśli co do Brygady Uderzeniowej na bok. — W sumie, może w tym coś być. Gdzie częściej realizowałaś recepty, u mnie czy u tej przeklętej wiedźmy ze Skrzydła Szpitalnego? — Chociaż obecnie to z Florence Bulstrode miał chyba najbardziej na pieńku, tak szkolna piguła dalej zajmowała zaszczytne drugie miejsce w rankingu. Wariatka pozbawiona polotu i kreatywności. — No właśnie!
Nie chwalił się w szpitalu wszem wobec, że podczas swojego czasu w Hogwarcie nielegalnie leczył uczniów bez wiedzy kadry, jednak w gruncie rzeczy był z tego nad wyraz dumny. Nie tylko udało mu się kontynuować ten proceder przez kilka dobrych lat, to jeszcze wyniósł z tego tyle wiedzy, ile tylko się dało. Nie wspominając o licznych przysługach, jakie wisiało mu pół rocznika. Jakby się tak nad tym zastanowić, to gdy Heather i Charles opuścili już szkolne mury, to nie licząc egzaminów, to na tym właśnie skupiał się Cameron w wolnym czasie.
— Mało kreatywnie jak na ciebie — odparł, starając się nie uśmiechać pod nosem. — Wiem, że to mały metraż i mama bałagan w pokoju, ale są dużo ciekawsze rzeczy, które możemy tam robić, niż podtapianie moich starych pluszaków. — Nachylił się w jej stronę. — Mam zabunkrowane komiksy z mugolskiej dzielnicy. I chrupki serowe!
Czy tego oczekiwała? Miał nadzieję, że się nie zawiedzie. Poza tym, jeśli kolorowe obrazki i niezdrowe przekąski jej nie przekonają, to miał w zanadrzu jeszcze parę pomysłów. Na tym oświadczeniu postanowił jednak urwać ich zaciętą wymianę zdań. Mieli większe problemy, czyli... Domyślenie się, jak uruchomić pralkę. Że też czarodzieje nie zdołali wymyślić czegoś jeszcze bardziej zautomatyzowanego. Cameron w życiu nie widział tylu przycisków w jednym miejscu.
— No... Oczywiście! — wymamrotał nieco piskliwym głosem, kiwając z powagą głową, gdy jego oczy prześlizgiwały się po kolejnych przyciskach na pralce. — Setki razy widziałem, jak moja mama wstawia pranie. I czynności zawsze były te same, nie? Dlatego tak szybko jej z tym idzie: bo za każdym razie robi się to tak samo, więc wchodzi w głowę. Trzeba tylko... znać początkową kombinację przycisków i giatara, wszystko działa.
Skinął jednak głową na jej sugestię. Im więcej proszku, tym czyściejsze będą ciuchy, a przecież o to im chodziło. A im więcej płynu, tym dłużej zachowają świeżość. Wszystko było proste i logiczne, zostało więc tylko... Cameron wysunął czubek język, licząc w myślach, aż... przekręcił jedno pokrętło do połowy, potem drugie na 3/4, a na koniec - nieco mniej pewnie - wcisnął jeden z czterech białych przycisków pozbawionych jakiegokolwiek oznaczenia.
Pralka zaczęła trzeszczeć, gdy jej zużyte mechanizmy zaczęły budzić się do życia, po czym podskoczyła parę razy w miejscu, a chwilę później... Zaczęło się pranie! Lupin klasnął w dłonie, obserwując, jak bęben pralki wypełnia się wodą. Przybił piątkę Heather.
— No i ogarnięte, możemy iść sortować resztę! — Podniósł się i podał Rudej rękę, aby mogła elegancko wstać z zimnej podłogi. — Jesteśmy super zespołem.
Para wróciła do pokoju najmłodszego Lupina zupełnie nieświadoma tego, że w ciągu niecałej godziny Gaia Lupin postanowi sprawdzić, co się dzieje w mieszkaniu i natknie się na tę parodię prania. Krzyki, jakie wtedy rozległy się w mieszkaniu, na długo pozostaną w pamięci Heather i Camerona. Gwoli ścisłości; to oczywiście syn kobiety dostał największy opieprz, gdy matka zaczęła go wypytywać jakim cudem dostał pracę w Mungu, skoro nawet ze wstawieniem fartuchów do prania sobie nie radzi. Za to dla Panny Wood miała same ciepłe słowa pokroju "to nie twoja wina, dziecko, cieszymy się, że wpadłaś. Może ciasta śliwkowego, kochana?". Sprawiedliwość. Huh.
Zaczął wyliczać, wspominając jeszcze między innymi o nauczycielach, koleżankach z dormitoriów, tajnych przejściach za obrazami, całą masą zajęć dodatkowych oferowanych przez Hogwart, zatrzymując się na niedozwolonych wyjściach do Zakazanego Lasu. Jakby to kiedykolwiek mogło powstrzymać Rudą. Równie dobrze mogliby postawić między drzewami znak ''Zapraszamy cię tu, Heather!".
— Nawet postarali się o to, żebyś dalej mogłaś rywalizować z innymi i przez siedem lat organizowali Puchar Domów, żeby dostosować się do twoich potrzeb. Eh, po prostu żyć nie umierać. W klasztorze kowenu nie miałabyś takich atrakcji.
Wątpił, aby kapłani faktycznie przetrzymywali swoje dzieci w takich instytucjach, jednak istniało przecież nauczanie domowe, prawda? A na dobrą sprawą większość członków kowenu Whitecroft była ze sobą spokrewnionych, więc kto wie, może coś takiego nawet by przeszło? Jedna kapłanka byłaby od Historii Magii, inna od OPCM-u, a arcykapłanka wykładałaby Zielarstwo. W sumie ciekawe czy gdyby taki scenariusz faktycznie zaistniał, to Ministerstwo zainterweniowałoby. Czy obawialiby się tego, czego dzieciaki mogłyby się dowiedzieć od grona głęboko uduchowionych czarodziejów i czarownic?
— Mikstura super-brygadzistki? — zaśmiał się krótko, odpędzając jednak chwilowo natrętne myśli co do Brygady Uderzeniowej na bok. — W sumie, może w tym coś być. Gdzie częściej realizowałaś recepty, u mnie czy u tej przeklętej wiedźmy ze Skrzydła Szpitalnego? — Chociaż obecnie to z Florence Bulstrode miał chyba najbardziej na pieńku, tak szkolna piguła dalej zajmowała zaszczytne drugie miejsce w rankingu. Wariatka pozbawiona polotu i kreatywności. — No właśnie!
Nie chwalił się w szpitalu wszem wobec, że podczas swojego czasu w Hogwarcie nielegalnie leczył uczniów bez wiedzy kadry, jednak w gruncie rzeczy był z tego nad wyraz dumny. Nie tylko udało mu się kontynuować ten proceder przez kilka dobrych lat, to jeszcze wyniósł z tego tyle wiedzy, ile tylko się dało. Nie wspominając o licznych przysługach, jakie wisiało mu pół rocznika. Jakby się tak nad tym zastanowić, to gdy Heather i Charles opuścili już szkolne mury, to nie licząc egzaminów, to na tym właśnie skupiał się Cameron w wolnym czasie.
— Mało kreatywnie jak na ciebie — odparł, starając się nie uśmiechać pod nosem. — Wiem, że to mały metraż i mama bałagan w pokoju, ale są dużo ciekawsze rzeczy, które możemy tam robić, niż podtapianie moich starych pluszaków. — Nachylił się w jej stronę. — Mam zabunkrowane komiksy z mugolskiej dzielnicy. I chrupki serowe!
Czy tego oczekiwała? Miał nadzieję, że się nie zawiedzie. Poza tym, jeśli kolorowe obrazki i niezdrowe przekąski jej nie przekonają, to miał w zanadrzu jeszcze parę pomysłów. Na tym oświadczeniu postanowił jednak urwać ich zaciętą wymianę zdań. Mieli większe problemy, czyli... Domyślenie się, jak uruchomić pralkę. Że też czarodzieje nie zdołali wymyślić czegoś jeszcze bardziej zautomatyzowanego. Cameron w życiu nie widział tylu przycisków w jednym miejscu.
— No... Oczywiście! — wymamrotał nieco piskliwym głosem, kiwając z powagą głową, gdy jego oczy prześlizgiwały się po kolejnych przyciskach na pralce. — Setki razy widziałem, jak moja mama wstawia pranie. I czynności zawsze były te same, nie? Dlatego tak szybko jej z tym idzie: bo za każdym razie robi się to tak samo, więc wchodzi w głowę. Trzeba tylko... znać początkową kombinację przycisków i giatara, wszystko działa.
Skinął jednak głową na jej sugestię. Im więcej proszku, tym czyściejsze będą ciuchy, a przecież o to im chodziło. A im więcej płynu, tym dłużej zachowają świeżość. Wszystko było proste i logiczne, zostało więc tylko... Cameron wysunął czubek język, licząc w myślach, aż... przekręcił jedno pokrętło do połowy, potem drugie na 3/4, a na koniec - nieco mniej pewnie - wcisnął jeden z czterech białych przycisków pozbawionych jakiegokolwiek oznaczenia.
Pralka zaczęła trzeszczeć, gdy jej zużyte mechanizmy zaczęły budzić się do życia, po czym podskoczyła parę razy w miejscu, a chwilę później... Zaczęło się pranie! Lupin klasnął w dłonie, obserwując, jak bęben pralki wypełnia się wodą. Przybił piątkę Heather.
— No i ogarnięte, możemy iść sortować resztę! — Podniósł się i podał Rudej rękę, aby mogła elegancko wstać z zimnej podłogi. — Jesteśmy super zespołem.
Para wróciła do pokoju najmłodszego Lupina zupełnie nieświadoma tego, że w ciągu niecałej godziny Gaia Lupin postanowi sprawdzić, co się dzieje w mieszkaniu i natknie się na tę parodię prania. Krzyki, jakie wtedy rozległy się w mieszkaniu, na długo pozostaną w pamięci Heather i Camerona. Gwoli ścisłości; to oczywiście syn kobiety dostał największy opieprz, gdy matka zaczęła go wypytywać jakim cudem dostał pracę w Mungu, skoro nawet ze wstawieniem fartuchów do prania sobie nie radzi. Za to dla Panny Wood miała same ciepłe słowa pokroju "to nie twoja wina, dziecko, cieszymy się, że wpadłaś. Może ciasta śliwkowego, kochana?". Sprawiedliwość. Huh.
Koniec sesji