Z nachmurzonego, poważnego marsa, okraszonego zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi ustami, na widok czarodziejki, twarz Morpheusa zmieniła się w znajomą radość tysięcy słońc, która wręcz z niego promieniała. Poczuł niejakie wyrzuty sumienia, że i ona wybrała czerń na swój strój, mając wrażenie, że mogła się nim inspirować, ale jego umysł nieśmiało zarejestrował jak pięknie zaznaczają się błękitne żyły na jej skórze w kontraście do głębi materiału i jak niesamowicie podkreśla to jej oczy. Zawsze najbardziej zwracał uwagę na nie, na kolor, kształt. Już w Londynie spostrzegł, że nie przyglądał się im dostatecznie. Tym razem nie mrugnął ani razu, odkąd usłyszał swoje imię z jej ust, aż do momentu, gdy podeszła całkiem blisko.
Natychmiast również powstał ze schodów i próbował ukryć widmowe ślady swojego niepokoju, aby nie przestraszać mrokiem swoich przemyśleń kobiety. Poprawił machinalnie mankiety czarnej koszuli, wygładził nieistniejące zmarszczki szaty. Wyglądał, jak oczekiwanie, jak powinien wyglądać. W żałobie, z ułożonymi włosami na magiczną brylantynę do tyłu, tak jak zwykle i z pewnym siebie uśmiechem. Dopiero z bliska coś wskazywało, że któryś z instrumentów jego duszy nieco fałszuje.
— Na ciebie, Septimo — odpowiedział, nie tracąc w ogóle rytmu rozmowy ani rezonu, ale w oczach pojawiło się zmartwienie. Wyciągnął w jej stronę swój łokieć, aby mogła się na nim oprzeć, zgodnie ze staroświeckim ceremoniałem. — Pasujemy do siebie dzisiaj. Dwa cienie... — zaczął, ale przerwał, gdy zauważył kolejną znajomą osobę z którą nie chciał wchodzić w interakcję, krążącą pośród gości, a wzrokiem nie mógł nawet wyłapać gospodarza, jedynej osoby poza Septimą, która miała dla niego znacznie tego wieczoru.
Zniżył swój głos do szeptu, nachylając się do czarodziejki, tak, że mogła poczuć jego oddech na skórze policzka, gdy mówił, w bardzo bliskim geście, naruszającym przestrzeń osobistą.
— Możesz odmówić. Weźmiemy wino i jedzenie i uciekniemy stąd na plażę. Tylko ty i ja. Nie chcę tu być.
Liczył na to, że przystanie na jego propozycję, jeśli jednak miała odmówić, zamierzał z nią zostać, nie chciał odbierać jej możliwości poznania nowych osób, koneksji, a takie rzeczy nadal były łatwiejsze, gdy towarzyszył kobiecie mężczyzna o konkretnej renomie. Renomie, którą Morpheus posiadał, jako wysoko postawiony urzędnik państwowy, tajemniczy Niewymowny, zwłaszcza tutaj, we Włoszech, gdzie pracowników Departamentu Tajemnic postrzegano bardziej jako tajemniczych czarowników, którzy pracują z nieznaną, nieokiełznaną magią, niż potencjalnych pacjentów oddziału zamkniętego Lecznicy Dusz. W jego spojrzeniu i całej postawie jednak jasno było widać, że najchętniej już teraz zawróciłby ze ścieżki na bankiet, aby wrócić do leżenia czołem do posadzki. Jego rzęsy rzucały głębokie cienie na jego twarz, podkreślając zmęczony wyraz.