29.11.2022, 19:33 ✶
Niewątpliwą zaletą roli najstarszego syna w rodzinie było prawo pierwogłosu. Wygonił wszystkich z domu, nawet pracującego po cichu Baldura. Ojciec wypłynął godzinę temu, a Cas odprowadził go do samego statku, upewniając się, że ten przypadkiem nie zawróci. Potrzebował przestrzeni i idealnej ciszy aby porozmawiać z Erikiem na temat, który go fascynuje od bardzo, bardzo dawna. Nie było to jednak przeznaczone dla wszystkich uszu. Ostatnimi dniami miał urwanie głowy - pojawienie się kuzynki zrobiło furorę, chaos, naniosło parę zniszczeń ale i wniosło więcej energii do domu. Posiadłość nie była ogromna ani bogato zdobiona ale miała swój urok w tej surowości i ciemnym kamieniu. Godzinę drogi stąd znajdował się port, oberża, latarnia morska a więc w okolicy nie brakło krzyku mew, szumu fal i zapachu ryb. Na całe szczęście dom został solidnie zaczarowany i wewnątrz wszystko cichło. Nie ma co ukrywać - Flintowie i żegluga to trwały, wieczny splot przeznaczenia.
Panowała idealna cisza więc usłyszał od razu pukanie Erika. Sęk w tym, że znajdował się po drugiej stronie domu, a nie mógł bezczelnie się teleportować po mieszkaniu po ostatniej awanturze ojca. Po minucie naciskał klamkę i wpuszczał gościa do środka, zerkając kontrolnie za jego plecy. Można to było dwojako odebrać - albo sprawdzał czy Erik nie ma "ogona" albo czy w okolicy panuje spokój. Na widok Longbottoma wyciągnął w jego stronę dłoń do uścisku.
- Witaj, Erik. Jesteśmy tu jedyną czarodziejską rodziną więc trafiłbyś co najwyżej na zdezorientowanych mugoli. - uśmiechnął się półgębkiem. Nie rozmawiał z niemagicznymi osobami, zrzucał to na Baldura. Najbliżsi sąsiedzi znajdowali się jednak odpowiednio daleko aby nie musieć na nich wpadać i się witać. Zaprosił go do środka, gdzie podłoga wyścielona była perfekcyjnie wyczyszczonym i wyczesanym dywanem, gdzie dominował brąz i sztuka związana z żeglugą. Nie brakowało wielu modeli statków czy to w butelkach czy magicznie unoszących się nad puzderkiem łódeczkach. W doniczce leżała lśniąca czernią wielka kotwica, a przy ścianach uwieszone były kandelabry ze świecami i lampami oliwnymi. Wszystkie zapalały się samoistnie gdy tylko ich mijali. Korytarze były długie acz wąskie więc prowadził Erika idąc przodem. Zaprowadził go do chłodnej i dosyć dużej komnaty, która uchodziła za pokój gościnny.
- To dobre wieści. Proszę, rozgość się. Chcesz coś do picia? - wskazał mu fotel, kanapę i pufę do wyboru, a na stoliku już stały różne napitki: od wody, przez herbatę, kawę, soku i pepsi kończąc (nie miał pojęcia skąd to ostatnie się tu wzięło).
- Powiedz mi jaki był przebieg tych naświetleń? Efekty uboczne w normie czy nad wyraz dokuczliwe? Jak minęła pełnia... pytając pod kątem trwającego leczenia? - genialnie orientował się w fazach i cyklu księżyca, a i miał tupet o to bezpośrednio zapytać. Między innymi dla tego komfortu wyprosił wszystkich z domu, aby rozmowa mogła przebiegać w sferze dyskrecji.
- Czy eliksir tojadowy nie kolidował z przepisanymi eliksirami leczniczymi? Za moment, jeśli pozwolisz, nałożę na ciebie krótki czar i sprawdzę czy ta pseudoklątwa zmniejszyła swoją objętość. - mógłby o tym rozmawiać godzinami. Niewątpliwie Cas pracował w uwielbianym przezeń zawodzie jednak powoli nabierał naleciałości pracoholika.
Panowała idealna cisza więc usłyszał od razu pukanie Erika. Sęk w tym, że znajdował się po drugiej stronie domu, a nie mógł bezczelnie się teleportować po mieszkaniu po ostatniej awanturze ojca. Po minucie naciskał klamkę i wpuszczał gościa do środka, zerkając kontrolnie za jego plecy. Można to było dwojako odebrać - albo sprawdzał czy Erik nie ma "ogona" albo czy w okolicy panuje spokój. Na widok Longbottoma wyciągnął w jego stronę dłoń do uścisku.
- Witaj, Erik. Jesteśmy tu jedyną czarodziejską rodziną więc trafiłbyś co najwyżej na zdezorientowanych mugoli. - uśmiechnął się półgębkiem. Nie rozmawiał z niemagicznymi osobami, zrzucał to na Baldura. Najbliżsi sąsiedzi znajdowali się jednak odpowiednio daleko aby nie musieć na nich wpadać i się witać. Zaprosił go do środka, gdzie podłoga wyścielona była perfekcyjnie wyczyszczonym i wyczesanym dywanem, gdzie dominował brąz i sztuka związana z żeglugą. Nie brakowało wielu modeli statków czy to w butelkach czy magicznie unoszących się nad puzderkiem łódeczkach. W doniczce leżała lśniąca czernią wielka kotwica, a przy ścianach uwieszone były kandelabry ze świecami i lampami oliwnymi. Wszystkie zapalały się samoistnie gdy tylko ich mijali. Korytarze były długie acz wąskie więc prowadził Erika idąc przodem. Zaprowadził go do chłodnej i dosyć dużej komnaty, która uchodziła za pokój gościnny.
- To dobre wieści. Proszę, rozgość się. Chcesz coś do picia? - wskazał mu fotel, kanapę i pufę do wyboru, a na stoliku już stały różne napitki: od wody, przez herbatę, kawę, soku i pepsi kończąc (nie miał pojęcia skąd to ostatnie się tu wzięło).
- Powiedz mi jaki był przebieg tych naświetleń? Efekty uboczne w normie czy nad wyraz dokuczliwe? Jak minęła pełnia... pytając pod kątem trwającego leczenia? - genialnie orientował się w fazach i cyklu księżyca, a i miał tupet o to bezpośrednio zapytać. Między innymi dla tego komfortu wyprosił wszystkich z domu, aby rozmowa mogła przebiegać w sferze dyskrecji.
- Czy eliksir tojadowy nie kolidował z przepisanymi eliksirami leczniczymi? Za moment, jeśli pozwolisz, nałożę na ciebie krótki czar i sprawdzę czy ta pseudoklątwa zmniejszyła swoją objętość. - mógłby o tym rozmawiać godzinami. Niewątpliwie Cas pracował w uwielbianym przezeń zawodzie jednak powoli nabierał naleciałości pracoholika.