13.02.2024, 02:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.02.2024, 17:47 przez Cameron Lupin.)
W gruncie rzeczy wiedział, w co się pakował. Musiał mieć świadomość, że ta impreza nie dostosuje się do jego oczekiwań, a to raczej on będzie musiał ulec jej wymaganiom. To powinna być jego pierwsza myśl, gdy wpadł na pomysł, aby skombinować wejściówki na ten bal. Nie nazwano tego wydarzenia grą terenową lub wizytą w magicznym dworku. To był bal, a na blau się tańczyło. Tyle że nie twista, a coś bardziej tradycyjnego.
Cameron dorastał na tętniącej życiem Ulicy Pokątnej, gdzie krzyżowały się ścieżki czarodziejów ze wszystkich środowisk, a handel był drugim najpopularniejszym językiem zaraz po angielskim. Nie miał zbyt wielu okazji do tego, aby nauczyć się tańczyć. Jasne, nauczyciele w szkole próbowali nauczyć ich paru układów, gdy przychodziła pora na wyprawienie większego wydarzenia, ale od opuszczenia murów Hogwartu, Cameron tak naprawdę zbytnio o to nie dbał. Był na paru weselach (też z Heather), ale głównie po prostu gibał się do muzyki w swoim pokoju lub pozwalał, aby to Ruda prowadziła. Tak jak teraz.
— Ruda, Super-brygadzistka, Narzeczona, Niemożliwa Dziewczyna... Sporo tych tytułów jak na jedną osobę — rzucił, uczepiając się jej słów, jakby były jego kołem ratunkowym w tym dramacie. Odwzajemnił jej uśmiech, chociaż kąciki jego ust drgały nerwowo. — Masz już w planach następny?
Musiał coś wymyślić. Przepychanie się przez ludzi z powrotem ku bocznym galeriom i salonowi nie wchodziło w grę. Te babki zaczęłyby krzyczeć, a ktoś by ich zatrzymał... Na tym etapie nie wykluczał nawet, że w tłumie mogli się kryć przebrani ochroniarze, którzy gotowi byli ich w każdej chwili wyprowadzić. Taki piękny wieczór zniszczony. I to wszystko przez to, że nie mogli im wcześniej wysłać zaproszeń i musieli się wprosić. Cholerna arystokracja.
— J-ja... J-ja... — Obrócił Heather w tańcu, starając się złapać oddech i przestać się jąkać. — Ch-chyba mamy problem, bo... N-nie byliśmy tak w-właściwie zaproszeni.
Objął ją mocniej, jakby chciał ją w ten sposób powstrzymać przed ucieczką. Na pewno jakoś się z tego wykaraskają. Muszą. Cameron wziął głęboki oddech. Czuł wstyd; mógł to lepiej zaplanować, bardziej się postarać, może wtedy nie wyszłoby to na jaw tak szybko. Mógł powiedzieć jej prawdę. Zaakceptować to, że po prostu nie wszystko mógł jej zapewnić tylko dlatego, że nie miał statusu, nie miał pieniędzy, nie miał nazwiska i...
— Mam plan. Tak myślę — poinformował ją nagle, gdy praktycznie zetknęli się twarzami. — Jeśli podejdą, wymijamy pary obok i prosto na podwyższenie, blisko orkiestry. Musisz mi zaufać.
Tak jak on ufał jej, gdy wypędziła go z Beltane w obawie o jego życie, tak teraz ona musiała zaufać mu. A przynajmniej jego chorej wyobraźni i koncepcjom, które stworzyła. Muzyka przyspieszyła, zmuszając ich do tego, aby stawiać szybsze i pewniejsze kroki.
Cameron dorastał na tętniącej życiem Ulicy Pokątnej, gdzie krzyżowały się ścieżki czarodziejów ze wszystkich środowisk, a handel był drugim najpopularniejszym językiem zaraz po angielskim. Nie miał zbyt wielu okazji do tego, aby nauczyć się tańczyć. Jasne, nauczyciele w szkole próbowali nauczyć ich paru układów, gdy przychodziła pora na wyprawienie większego wydarzenia, ale od opuszczenia murów Hogwartu, Cameron tak naprawdę zbytnio o to nie dbał. Był na paru weselach (też z Heather), ale głównie po prostu gibał się do muzyki w swoim pokoju lub pozwalał, aby to Ruda prowadziła. Tak jak teraz.
— Ruda, Super-brygadzistka, Narzeczona, Niemożliwa Dziewczyna... Sporo tych tytułów jak na jedną osobę — rzucił, uczepiając się jej słów, jakby były jego kołem ratunkowym w tym dramacie. Odwzajemnił jej uśmiech, chociaż kąciki jego ust drgały nerwowo. — Masz już w planach następny?
Musiał coś wymyślić. Przepychanie się przez ludzi z powrotem ku bocznym galeriom i salonowi nie wchodziło w grę. Te babki zaczęłyby krzyczeć, a ktoś by ich zatrzymał... Na tym etapie nie wykluczał nawet, że w tłumie mogli się kryć przebrani ochroniarze, którzy gotowi byli ich w każdej chwili wyprowadzić. Taki piękny wieczór zniszczony. I to wszystko przez to, że nie mogli im wcześniej wysłać zaproszeń i musieli się wprosić. Cholerna arystokracja.
— J-ja... J-ja... — Obrócił Heather w tańcu, starając się złapać oddech i przestać się jąkać. — Ch-chyba mamy problem, bo... N-nie byliśmy tak w-właściwie zaproszeni.
Objął ją mocniej, jakby chciał ją w ten sposób powstrzymać przed ucieczką. Na pewno jakoś się z tego wykaraskają. Muszą. Cameron wziął głęboki oddech. Czuł wstyd; mógł to lepiej zaplanować, bardziej się postarać, może wtedy nie wyszłoby to na jaw tak szybko. Mógł powiedzieć jej prawdę. Zaakceptować to, że po prostu nie wszystko mógł jej zapewnić tylko dlatego, że nie miał statusu, nie miał pieniędzy, nie miał nazwiska i...
— Mam plan. Tak myślę — poinformował ją nagle, gdy praktycznie zetknęli się twarzami. — Jeśli podejdą, wymijamy pary obok i prosto na podwyższenie, blisko orkiestry. Musisz mi zaufać.
Tak jak on ufał jej, gdy wypędziła go z Beltane w obawie o jego życie, tak teraz ona musiała zaufać mu. A przynajmniej jego chorej wyobraźni i koncepcjom, które stworzyła. Muzyka przyspieszyła, zmuszając ich do tego, aby stawiać szybsze i pewniejsze kroki.