Jeśli komuś zależało, jeśli ktoś kochał i tęsknił, jeśli to wszystko było szczere – żadna odległość nie była problemem. Niedogodnością, oczywiście że tak. Ale nie problemem. Ginewra została wychowana w rodzinie, w której ojciec został w Egipcie z miłości. Nie z powodu wpadki, nie dlatego, że tak wypadało, nie bo ktoś go zmusił – to był jego wybor. Zakochał się w Egipcie, jego tajemnicach skrytych w piaskach, a później zakochał się w Farrah. Pozostawił rodzinę tysiące kilometrów dalej, swoich rodziców, swoich dziadków… i założył swoją. Ginny była więc od małego przyzwyczajona do tego, że rodzina nie mieszka w komplecie. Oczywiście, że lepiej przez to znała dziadków od strony matki, tych czystej krwi, ale też nieobce jej było podróżowanie, ani to, że ci, których kochasz, a którzy kochają ciebie, są daleko – i jakże cieszą się, gdy mogą cię zobaczyć. Za każdym razem była inna, bardziej dojrzała, bardziej dorosła… ale ten czas i odległość traciły na znaczeniu, gdy już mogli się zobaczyć. I teraz też przecież nie była obca Malcolmowi i Halsey; była ich wnuczką, którą w końcu mieli na dłużej przy sobie. Bliżej. Nikt tutaj nikogo nie porzucał, a jaka radość była, gdy w końcu można było zobaczyć tę swoją rodzinę… nikt tutaj się nikogo nie wyrzekał, nie było fochów, nie było obrażonej godności. Dziadkowie z pewnym westchnieniem przyjęli decyzję jej ojca, że ten zamierza osiąść w Egipcie, choć na pewno im się to nie podobało – ale szedł za głosem serca. Nie mógł więc zabronić Guinevere, by zrobiła to samo – bo byłby strasznym hipokrytą. Co innego być w Anglii już trzeci miesiąc, a co innego być tylko na jeden i wrócić do ciepłego Egiptu. Oczywiście, że to nie było tak proste, jakim musiało się zdawać, gdy się na tę kobietę patrzyło, bo najwyraźniej opanowała do perfekcji robienie wszystkiego tak, jakby była to najprostsza rzecz na świecie. Z drugiej strony dotychczas Laurent również perfekcyjnie maskował to wszystko, co drgalo w jego duszy; cały ten ból, strach, niepewność, przekonanie, że zostanie sam, albo że nie ma do zaoferowania nic, prócz powierzchownego piękna. Pewne rysy Ginny dostrzegła dopiero dzisiaj, gdy był taki nieobecny i zupełnie przypadkowo w toku rozmowy mówił o rzeczach, których być może normalnie wcale by nie zdradził.
To było ciche zaproszenie do rozmowy. Jeśli Laurent chciał wiedzieć, był ciekaw, to wystarczyło tylko zapytać – do tej pory tak dobrze mu szło lawirowanie między lekkimi słówkami, flirtem a próbą wyciągnięcia z niej czegoś… to nie była żadna tajemnica, nie było żadnego urazu czy naciągniętej struny; Guinevere wciąż się uśmiechała, a jej opalone lico nie zdradzało, by temat był jakkolwiek niepożądany. Gdy brałeś – trzeba było też dać od siebie. A w tej chwili ona brała od tego eterycznego selkie całkiem sporo, skoro już zaprosił ją na swoją stronę murku. Nie piła z niego jak pijawka, nie o to chodziło, ale skoro już się otworzył, to delikatnie łaskotał, chcąc zobaczyć gdzie ta muszla się otworzy, by pokazać perłę, jaką skrywał w środku… i nie chodziło wcale o tę, która przerobiona została na kolczyk.
- W takim razie się nie krępuj – odparła cicho i było w tym coś zmysłowego, kiedy przeciągnęła ostatnią sylabę. A później oberwała kolejna czereśnie z drzewa, by urwać ja z ogonka i wsadzić do ust. Drugą podała Laurentowi, schylając się na drabinie, by sam mógł spróbować, jakie pyszne owoce tutaj mieli.
Gdy zeszła, podała mu koszyk, by mógł sobie do niego zajrzeć. Nie był jeszcze pełen, oczywiście, że pora była przenieść się na drugie drzewko i rozrywać resztę. Choć na razie drogę przerwała rozmowa o snach i ich realności. A także zmartwienie Egipcjanki.
- Nie dziwi mnie to – uśmiechnęła się delikatnie, jak to potrafiła, leciutko wyginając usta ku górze. - Mogę ci kiedyś poopowiadać o Uagadou, jeśli będziesz chciał – ona coś niecoś o Hogwarcie wiedziała, siłą rzeczy – jej ojciec do niego uczęszczał i czasami wypowiadał się na temat szkoły wręcz fanatycznie (na szczęście, uważała Ginny, do Uagadou szło się rok wcześniej, więc dostała się właśnie tam). Obserwowała Laurenta z uwagą, zastanawiając się przez chwilę. - Trójka w numerologii jest określana jako liczba doskonała, niebiańska. Bo ma swój początek, środek i koniec. Dusza, ciało i umysł, to święta trójca. W teorii to szczęśliwa liczba… ale szczęśliwa była dla kogo? – odparła bez mrugnięcia. Zrobiła to dopiero teraz. - Dziewiątka to taka trójka na dopingu… to trzy trójki, tak jakby, chociaż, sama liczba bardziej związana jest z duchowością i regilijnością. Nie szła bym w to, że ktokolwiek to robi, to ma w tym jakieś cele związane z wiarą… ale jeśli rozbić same daty na liczby to zostaje nam jedynka oraz ósemka… zbytnia pewność siebie, podejmowanie ryzyka, próba osiągnięcia czegoś ważnego oraz z drugiej strony materialny sukces, dobry dzień na rozwinięcie działalności. Może ktoś to robi dla pieniędzy? Skoro miałeś dwa takie dziwne sny… nie wiem czy to przypadek. Przypadki rzadko się zdarzają w życiu… – pozwoliła sobie unieść dłoń, by delikatnie oprzeć ją na podbródku Laurenta i ledwie zauważalnie unieść jego głowę. - Masz chyba trudny okres, co? Dziwaczne, realne sny, rany, nieszczęśliwy wywiad, atak na rezerwat… – nie chciała tego sugerować, ale to się aż same prosiło… może komuś bardzo, ale to bardzo, nie pasowała obecność Laurenta? Że chciał go… wystraszyć? - Na szczęście życie jest ciągle odwracającą się monetą. Nigdy nie pozostaje w nieskończoność na jednej stronie – uśmiechnęła się do niego i cofnęła dłoń. - Chodź, jeszcze tamto drzewo. Chcesz teraz ty pozbierać? – żeby tak nie stał ciągle na dole… a przecież jej też się coś należało od życia. Też się mogła bezkarnie pogapić na jego tyłek na drabinie.
- Nigdy się nie interesowałam jak dokładnie działa ten senny posłaniec. Chcesz, żebym popytała? Dowiedzieć się? – to była tylko propozycja… ale pewnie i tak by poszperała, pokopała, żeby zaspokoić własną ciekawość.