Ulga pojawiła się subtelnie, w rozluźnieniu ramion i wygładzeniu czoła, wcześniej jakby ciągle czymś strapowanego. Ręką kobiety na jego przedramieniu ogrzewała duszę znacznie bardziej, niż ciało. Przymknął oczy, wydychając powoli powietrze. Najważniejszą częścią planu było udawanie, że znajdują się tam, gdzie powinni, że nie są w żadnym stopniu intruzami w przestrzeniach, które przemierzali. Nie było to wcale trudne, nie z kimś, z kim bardzo dobrze mu się rozmawiało, tak po prostu. Jej rzemiosło, całkowicie odmienne od jego, a jednak powiązane tą cienką nicią znaczeń, konkretnych energii, emanujących z komponentów, która leżała tak blisko do symboliki wróżebnej. Septima Ollivander miała w sobie więcej niż tylko ładną buzię, był tego pewien, nawet jeśli czasami zdawała mu się tak wątła i wrażliwa, jak słowicza ptaszyna. To na pewno złuda, nikt o takich oczach nie jest całkowicie bezbronny.
Wszyscy mieli swoje ciemne strony, swoje cienie. On, kreujący się na czarującego intelektualistę, również. Brudne sekrety i przegniłe serce, które zaraża chorobą każdego, komu je podaruje, niczym klątwa. Czasami się zastanawiał, czy jakaś nie została na niego rzucona.
— Tak jest, prosze pani — odpowiedział jej również przyciszonym głosem. Jak lustro, również wyciągnął różdżkę i korzystając z galimatiasu dookoła, lewitował różne smakołyki, głównie owoce, kilka małż i innych, pikantnych przystawek, których nie trzeba przygotowywać w skomplikowany sposób. Wszystko zlądowało w niedużym koszyku do wypiekania chleba i znalazło się w rękach Morpheusa, przykryte czystą, lnianą szmatką. Zrobili to tak sprawnie, że nikt się nie spostrzegł. Lub nikt nie chciał widzieć, a gosposia i pokojowa wymieniły znaczące spojrzenia.
— Czuję się jakbym miał znów piętnaście lat — przyznał się jej, otwierając przed nią drzwi do wyjścia do tylnego ogrodu, głównej warzywnego, gdzie od razu oszołomiły ich wonie nagrzanych nadal słońcem rzędów bazylii, oregano oraz pomarańczy. Stąd prowadziła droga do jednego z tarasów, a z niego już tylko schody w ciemność plaży.
— Dziękuję Septimo. To... Dużo dla mnie znaczy. Jeszcze nie byłem gotowy na otwarcie na tyle osób. Nadal czuję, że rana jest żywa, a to nie jest odpowiednie towarzystwo do tego i moment nieodpowiedni. Czas nas wpędza w sentymentalizm. Być może koniec końców to czas jest sprawcą naszych cierpień. — Odchylił głowę do tyłu, spoglądając w niebo, na gwiazdy i odsłaniając gardło. Myślał o tym, jak jest jedyną osobą spoza rodziny, która wie dokładnie z jakimi uczuciami się zmaga. Ona również straciła matkę i brata. Nie było niczego bliższego, niż współodczuwanie w żałobie. — Pisałem ci to wcześniej, ale na prawdę gasisz we mnie pożary. Dzisiaj po raz kolejny.
Chciało mu się palić, ale wstrzymał się, póki nie usiądą, nie chciał mieć na sumieniu zwichniętej kostki Septimy na wyszczerbionych stopniach, bo w jednej ręce trzymał koszyk z jedzeniem, a w drugiej papierosa.