14.02.2024, 03:27 ✶
Zmrużyła oczy, bo chyba nie była pewna, czy on tak na poważnie teraz do niej, czy sobie właśnie głupio żartować, ale im dłużej się na niego gapiła, tym bardziej przekonana była, że jednak chyba faktycznie był całkiem dumny z tego swojego własnego zniknięcia. Ale prawda była taka, że do dupy była ta jego sztuczka. Jej skromnym zdaniem.
- Prędzej umrę - zakomunikowała z wyższością i nawet się przy tym nieco prostując, ale żadna ilość dumy nie mogła nadrobić zgubionych w fazie rośnięcia centymetrów. - Po coś ty to w ogóle zrobił, co? - zapytała, już nieco bardziej poważnie, lustrując go uważnym spojrzeniem, w którym gdzieś tam mimo wszystko kryła się troska, bo cholera, ile to one się z matką nagłowiły nad tym, co się w ogóle stało. Felicity popadła w odmęty depresji i desperacji, kiedy jej dar nie był w stanie udzielić jej odpowiedzi na to, co się podziało z jej pierworodnym. Zwyczajnie odwróciła się od wróżbiarstwa, jakby nie móc w pełni zaufać temu, co hołubiła blisko serca całe życie i przeniosła swoje starania w inne miejsce, siły poświęcając rozwojowi Zamtuza. Rosie natomiast była zwyczajnie wściekła, widząc zarówno matkę, jak i Persephonę pozostawioną z Megajrą. A potem jeszcze i z synem. To ostatnie to już była wisienka na torcie, przez które Ambrosia potłukła swoją prawie ulubioną szklaną kulę, kiedy kolejny raz nie była w stanie wywołać ducha Hadesa i coś jej zwyczajnie nie pasowało.
- Raczej chodzi o to, że nie ma ciebie - odpowiedziała bez mrugnięcia okiem, pochylając się z zadowoleniem nad swoją kawą i nawet nie życząc źle ani jemu, ani tej kanapce co ją właśnie wpychał sobie do gardła. Hades miał też nawet trochę racji, bo jego siostra podejrzewała, że prędzej czy później skończy z jakąś przybłędą. Kotem w sensie. Chociaż optowała za tym, żeby zanim się to stanie, pozbyć się brata z salonu. Wystarczał jej w domu jeden element, który nic nie robił, tylko walał się na kanapie.
- Cóż... z nikim w sumie. Jadę sama - uśmiechnęła się do niego wesoło, zgrabnie dobierając słowa dokładnie tak, jak sobie tego życzył. Bo przecież podróż miała odbyć sama, co najwyżej w akompaniamencie jakiejś przyjemnej lektury, która chociaż odrobinę odciągnęłaby jej myśli od tego, co miało ją czekać na miejscu. - Jadę sobie do tamtejszych cyganów. Słoneczko, francuska wieś, pola i nic więcej. Chciałam sobie porozmawiać o wróżbach i może wyłuskać jakieś ciekawe obietnice na przyszłość - podparła podbródek dłonią, spoglądając na niego z delikatnym uśmiechem kogoś, kto nieszczególnie mijał się z prawdą. Ale Hades był Hadesem, to czy uzna to za kompletne bzdury czy łatwo przełknie niedopowiedzenie, zależało raczej od rzutu monetą.
- Prędzej umrę - zakomunikowała z wyższością i nawet się przy tym nieco prostując, ale żadna ilość dumy nie mogła nadrobić zgubionych w fazie rośnięcia centymetrów. - Po coś ty to w ogóle zrobił, co? - zapytała, już nieco bardziej poważnie, lustrując go uważnym spojrzeniem, w którym gdzieś tam mimo wszystko kryła się troska, bo cholera, ile to one się z matką nagłowiły nad tym, co się w ogóle stało. Felicity popadła w odmęty depresji i desperacji, kiedy jej dar nie był w stanie udzielić jej odpowiedzi na to, co się podziało z jej pierworodnym. Zwyczajnie odwróciła się od wróżbiarstwa, jakby nie móc w pełni zaufać temu, co hołubiła blisko serca całe życie i przeniosła swoje starania w inne miejsce, siły poświęcając rozwojowi Zamtuza. Rosie natomiast była zwyczajnie wściekła, widząc zarówno matkę, jak i Persephonę pozostawioną z Megajrą. A potem jeszcze i z synem. To ostatnie to już była wisienka na torcie, przez które Ambrosia potłukła swoją prawie ulubioną szklaną kulę, kiedy kolejny raz nie była w stanie wywołać ducha Hadesa i coś jej zwyczajnie nie pasowało.
- Raczej chodzi o to, że nie ma ciebie - odpowiedziała bez mrugnięcia okiem, pochylając się z zadowoleniem nad swoją kawą i nawet nie życząc źle ani jemu, ani tej kanapce co ją właśnie wpychał sobie do gardła. Hades miał też nawet trochę racji, bo jego siostra podejrzewała, że prędzej czy później skończy z jakąś przybłędą. Kotem w sensie. Chociaż optowała za tym, żeby zanim się to stanie, pozbyć się brata z salonu. Wystarczał jej w domu jeden element, który nic nie robił, tylko walał się na kanapie.
- Cóż... z nikim w sumie. Jadę sama - uśmiechnęła się do niego wesoło, zgrabnie dobierając słowa dokładnie tak, jak sobie tego życzył. Bo przecież podróż miała odbyć sama, co najwyżej w akompaniamencie jakiejś przyjemnej lektury, która chociaż odrobinę odciągnęłaby jej myśli od tego, co miało ją czekać na miejscu. - Jadę sobie do tamtejszych cyganów. Słoneczko, francuska wieś, pola i nic więcej. Chciałam sobie porozmawiać o wróżbach i może wyłuskać jakieś ciekawe obietnice na przyszłość - podparła podbródek dłonią, spoglądając na niego z delikatnym uśmiechem kogoś, kto nieszczególnie mijał się z prawdą. Ale Hades był Hadesem, to czy uzna to za kompletne bzdury czy łatwo przełknie niedopowiedzenie, zależało raczej od rzutu monetą.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror