14.02.2024, 07:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.02.2024, 20:19 przez Brenna Longbottom.)
Siedzę na blacie i obserwuję.
*
Brenna rzecz jasna była na miejscu dużo wcześniej - upewniając się ostatni raz, że wszystko jest jak należy, sprawdzając zaklęcia zabezpieczające (i by nie wpadli tu nagle mugole, i jacyś smutni panowie w białych maskach) i osobiście rozstawiając jedzenie, które wcześniej bezpiecznie czekało w kuchni Longbottomów. Kiedy więc pierwsi goście pojawili się na progu klubu, ona już się po nim kręciła, po raz ostatni upewniając się, że parkiet na pewno nie jest za śliski, radio działa, a wielki kosz z upominkami znalazł się dokładnie tam, gdzie powinien - w pobliżu wejścia, w zasięgu każdego, kto zechciałby sprawdzić, co wręczy mu los.
Sama zresztą też wylosowała sobie upominek, bo co z tego, że osobiście je wszystkie kupiła, skoro i tak była ciekawa, co napotkają jej palce, kiedy wsunie dłoń do kosza.
Zwykle tego typu przyjęcia - właściwie żadne przyjęcia - nie były w stanie wywołać w niej nerwowości. Nieważne, czy je organizowała czy na nie wkraczała, nieważne, czy chodziło o wielki bal w rezydencji, małą parapetówkę, gdzie połowa gości musi stać czy podwieczorek przed domem, czuła się na nich jednakowo dobrze. Tego dnia trochę się jednak martwiła.
Czy to na pewno był dobry pomysł?
Czy na pewno wszyscy będą się dobrze bawić?
Czy na pewno wybrała dobry sposób na próbę zapewnienia ludziom odrobiny odskoczni?
I czy postarała się dostatecznie mocno, żeby naprawdę się im podobało?
A może postarała się za mocno i jednak to wszystko ich skrępuje, chociaż próbowała, aby nie było zbyt balowo, bo to było przecież przyjęcie po to, żeby dobrze się bawili i by ich uszczęśliwić, nie by wypadło jak te onieśmielające fety czystej krwi? Co jeżeli przesadziła?
Gdy jednak pierwsze osoby zaczęły przychodzić, rzecz jasna natychmiast o tym wszystkim zapomniała, bo i tak było za późno i skupiła się tylko na powitaniach, uściskach, podsuwaniu jedzenia i zachęcania czy to do tańca, czy do zajęcia gdzieś miejsca.
W jakieś dwadzieścia minut po pojawieniu się pierwszych gości, Brenna usadowiła się na blacie jednego z drewnianych stołów. Stąd mogła zerkać zarówno w stronę wejścia, gdyby przyszedł ktoś, kim trzeba by się zająć, jak i ku ścianom – aby upewnić się, że na przykład taka Avelina nie spróbuje ich podpierać, bo wtedy Brenna zamierzała czym prędzej wyjaśnić jej, że nie, nie ma takiej potrzeby, skarbie, konstrukcja jest bardzo stabilna. Opanowała trochę swoje włosy, a to za sprawą cudownych specyfików Potterów, ale nie malowała się jakoś przesadnie. Miała na sobie sukienkę choć nie jedną z tych bardzo ozdobnych, bo miała umożliwiać i taniec, i przede wszystkim szybkie bieganie po pomieszczeniu, gdyby Brenna uznała, że coś gdzieś wymaga jej interwencji.
Tuż obok siebie miała miseczkę z malinami. W dłoni obracała jabłko, zabrane ze stołu z jedzeniem, machała beztrosko skrzyżowanymi w kostkach nogami i wodziła spojrzeniem po gościach, gotowa wyjść z siebie i stanąć obok, jeśli trzeba by było, gdyby zobaczyła, że ktoś – źle – się – bawi i trzeba coś na to zaradzić.
!prezentgodryka
*
Brenna rzecz jasna była na miejscu dużo wcześniej - upewniając się ostatni raz, że wszystko jest jak należy, sprawdzając zaklęcia zabezpieczające (i by nie wpadli tu nagle mugole, i jacyś smutni panowie w białych maskach) i osobiście rozstawiając jedzenie, które wcześniej bezpiecznie czekało w kuchni Longbottomów. Kiedy więc pierwsi goście pojawili się na progu klubu, ona już się po nim kręciła, po raz ostatni upewniając się, że parkiet na pewno nie jest za śliski, radio działa, a wielki kosz z upominkami znalazł się dokładnie tam, gdzie powinien - w pobliżu wejścia, w zasięgu każdego, kto zechciałby sprawdzić, co wręczy mu los.
Sama zresztą też wylosowała sobie upominek, bo co z tego, że osobiście je wszystkie kupiła, skoro i tak była ciekawa, co napotkają jej palce, kiedy wsunie dłoń do kosza.
Zwykle tego typu przyjęcia - właściwie żadne przyjęcia - nie były w stanie wywołać w niej nerwowości. Nieważne, czy je organizowała czy na nie wkraczała, nieważne, czy chodziło o wielki bal w rezydencji, małą parapetówkę, gdzie połowa gości musi stać czy podwieczorek przed domem, czuła się na nich jednakowo dobrze. Tego dnia trochę się jednak martwiła.
Czy to na pewno był dobry pomysł?
Czy na pewno wszyscy będą się dobrze bawić?
Czy na pewno wybrała dobry sposób na próbę zapewnienia ludziom odrobiny odskoczni?
I czy postarała się dostatecznie mocno, żeby naprawdę się im podobało?
A może postarała się za mocno i jednak to wszystko ich skrępuje, chociaż próbowała, aby nie było zbyt balowo, bo to było przecież przyjęcie po to, żeby dobrze się bawili i by ich uszczęśliwić, nie by wypadło jak te onieśmielające fety czystej krwi? Co jeżeli przesadziła?
Gdy jednak pierwsze osoby zaczęły przychodzić, rzecz jasna natychmiast o tym wszystkim zapomniała, bo i tak było za późno i skupiła się tylko na powitaniach, uściskach, podsuwaniu jedzenia i zachęcania czy to do tańca, czy do zajęcia gdzieś miejsca.
W jakieś dwadzieścia minut po pojawieniu się pierwszych gości, Brenna usadowiła się na blacie jednego z drewnianych stołów. Stąd mogła zerkać zarówno w stronę wejścia, gdyby przyszedł ktoś, kim trzeba by się zająć, jak i ku ścianom – aby upewnić się, że na przykład taka Avelina nie spróbuje ich podpierać, bo wtedy Brenna zamierzała czym prędzej wyjaśnić jej, że nie, nie ma takiej potrzeby, skarbie, konstrukcja jest bardzo stabilna. Opanowała trochę swoje włosy, a to za sprawą cudownych specyfików Potterów, ale nie malowała się jakoś przesadnie. Miała na sobie sukienkę choć nie jedną z tych bardzo ozdobnych, bo miała umożliwiać i taniec, i przede wszystkim szybkie bieganie po pomieszczeniu, gdyby Brenna uznała, że coś gdzieś wymaga jej interwencji.
Tuż obok siebie miała miseczkę z malinami. W dłoni obracała jabłko, zabrane ze stołu z jedzeniem, machała beztrosko skrzyżowanymi w kostkach nogami i wodziła spojrzeniem po gościach, gotowa wyjść z siebie i stanąć obok, jeśli trzeba by było, gdyby zobaczyła, że ktoś – źle – się – bawi i trzeba coś na to zaradzić.
!prezentgodryka
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.