14.02.2024, 09:43 ✶
Jeśli chodziło o Brennę, to samo przyjęcie raczej nie miało w żaden sposób nią wstrząsnąć, ani pocieszyć, ani dobić bardziej. Myślała głównie o tym, co zrobić, aby każdy czuł się dobrze - żeby było niezwykle, ale nie jak na balu czystokrwistych, by wszyscy wiedzieli, że są mile widziani i żeby na jedną noc zapomnieli o problemach.
Bardzo by chciała, aby zadziałało to i u Erika.
Nie wiedziała, co dokładnie się dzieje - może go znała, ale nie czytała mu w myślach, i on też umiał ukrywać przed nią pewne rzeczy, tak jak ona bardzo starannie skrywała przed nim i całą resztą świata, że czasem trudno było jej utrzymać równowagę - ale dało się dostrzec, że coś jest nie tak. Mogło równie dobrze chodzić o wszystkie ostatnie wydarzenia w Anglii i w domu, jak i o żal, że Elliott Malfoy prawdopodobnie nie pojawi się na potańcówce.
- Mój kochany braciszku, wątpisz we mnie? Oczywiście, że zdążę - zapewniła Brenna, obserwując go jeszcze przez chwilę. Na krańcu języka tańczyło pytanie, czy coś się stało, ale nie była pewna, czy powinna zadawać je akurat teraz, ledwo na kilka godzin przed zabawą. - Hm, mam nadzieję, że to nie strój labradora. To może nie elegancki bal, ale jednak jutro w prasie mogłyby pojawić się... interesujące nagłówki.
Żartowała.
Oczywiście, że żartowała.
Chociaż przez głowę przeszła jej myśl...
...Nora by tego nie zrobiła, prawda?
Prawda?
- W najgorszym razie skończysz w różowej koszuli - dodała od razu uspokajająco, żeby Erik nie wziął sobie tej wizji za bardzo do serca i nie udał, że panna Figg jednak przebierze go za psiaka, tak jak kiedyś zrobiła to za kota.
Przykucnęła przy pudle i ostrożnie wyjęła talerze.
– Większość zamówiłam u Sama McGongalla. Jemu przyda mu się teraz trochę sykli i poczuje się potrzebny, a ja pomyślałam, że nie będą tutaj pasowały ani jakieś plastikowe paskudztwa, ani elegancka, porcelanowa zastawa… – stwierdziła Brenna, obracając w dłoniach kwadratowy, pokryty zdobieniami talerz. Miała szczęście: duże szczęście, że w takich przypadkach mogła bez mrugnięcia okiem po prostu wyciągnąć z kieszeni garść monet. – Nie jestem pewna – przyznała, przesuwając dłonią po drewnianej powierzchni i próbując sobie przypomnieć tamto Yule. Była jeszcze dzieckiem: pamiętała więc głównie prezenty, lalkę od matki i sztylet od ojca, wprawdzie zabezpieczony magią, tak że nie mógł naprawdę zranić, ale i tak Elise patrzyła wtedy na Jeremiaha morderczym wzrokiem. Pamiętała bożonarodzeniowy pudding, i robienie papierowego łańcucha na choinkę, który potem wujek Derwin zaklął tak, że przez godzinę podczas wigilijnej kolacji iskrzył, jakby wykonano go z prawdziwego złota i srebra, a nie błyszczących papierków. Wspomnienie zastawy i rozmów dorosłych zatarło się jednak w jej pamięci. – Chyba od dawna nie widziałam tej zastawy.
Może dziadek wyciągał ją tylko na te okazje, które uznał za bardzo specjalne? Brenna stłumiła westchnienie i ułożyła talerze na brzegu stołu, by goście mogli zabierać je stąd i nakładać na nie porcje jedzenia.
– Sądzisz, że przesadziłam? – spytała nagle, oglądając się na moment na zaklęty parkiet. Czary powinny przetrwać akurat do świtu: samo jeziorko nie było prawdziwe, oczywiście.
Bardzo by chciała, aby zadziałało to i u Erika.
Nie wiedziała, co dokładnie się dzieje - może go znała, ale nie czytała mu w myślach, i on też umiał ukrywać przed nią pewne rzeczy, tak jak ona bardzo starannie skrywała przed nim i całą resztą świata, że czasem trudno było jej utrzymać równowagę - ale dało się dostrzec, że coś jest nie tak. Mogło równie dobrze chodzić o wszystkie ostatnie wydarzenia w Anglii i w domu, jak i o żal, że Elliott Malfoy prawdopodobnie nie pojawi się na potańcówce.
- Mój kochany braciszku, wątpisz we mnie? Oczywiście, że zdążę - zapewniła Brenna, obserwując go jeszcze przez chwilę. Na krańcu języka tańczyło pytanie, czy coś się stało, ale nie była pewna, czy powinna zadawać je akurat teraz, ledwo na kilka godzin przed zabawą. - Hm, mam nadzieję, że to nie strój labradora. To może nie elegancki bal, ale jednak jutro w prasie mogłyby pojawić się... interesujące nagłówki.
Żartowała.
Oczywiście, że żartowała.
Chociaż przez głowę przeszła jej myśl...
...Nora by tego nie zrobiła, prawda?
Prawda?
- W najgorszym razie skończysz w różowej koszuli - dodała od razu uspokajająco, żeby Erik nie wziął sobie tej wizji za bardzo do serca i nie udał, że panna Figg jednak przebierze go za psiaka, tak jak kiedyś zrobiła to za kota.
Przykucnęła przy pudle i ostrożnie wyjęła talerze.
– Większość zamówiłam u Sama McGongalla. Jemu przyda mu się teraz trochę sykli i poczuje się potrzebny, a ja pomyślałam, że nie będą tutaj pasowały ani jakieś plastikowe paskudztwa, ani elegancka, porcelanowa zastawa… – stwierdziła Brenna, obracając w dłoniach kwadratowy, pokryty zdobieniami talerz. Miała szczęście: duże szczęście, że w takich przypadkach mogła bez mrugnięcia okiem po prostu wyciągnąć z kieszeni garść monet. – Nie jestem pewna – przyznała, przesuwając dłonią po drewnianej powierzchni i próbując sobie przypomnieć tamto Yule. Była jeszcze dzieckiem: pamiętała więc głównie prezenty, lalkę od matki i sztylet od ojca, wprawdzie zabezpieczony magią, tak że nie mógł naprawdę zranić, ale i tak Elise patrzyła wtedy na Jeremiaha morderczym wzrokiem. Pamiętała bożonarodzeniowy pudding, i robienie papierowego łańcucha na choinkę, który potem wujek Derwin zaklął tak, że przez godzinę podczas wigilijnej kolacji iskrzył, jakby wykonano go z prawdziwego złota i srebra, a nie błyszczących papierków. Wspomnienie zastawy i rozmów dorosłych zatarło się jednak w jej pamięci. – Chyba od dawna nie widziałam tej zastawy.
Może dziadek wyciągał ją tylko na te okazje, które uznał za bardzo specjalne? Brenna stłumiła westchnienie i ułożyła talerze na brzegu stołu, by goście mogli zabierać je stąd i nakładać na nie porcje jedzenia.
– Sądzisz, że przesadziłam? – spytała nagle, oglądając się na moment na zaklęty parkiet. Czary powinny przetrwać akurat do świtu: samo jeziorko nie było prawdziwe, oczywiście.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.