14.02.2024, 10:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.02.2024, 11:04 przez Samuel McGonagall.)
tltr: podpierał drzewo i patrzył na wchodzących, a potem poszedł do Brenny i ukląkł przed nią ze srebrnym diademem w dłoniach
Czuł się... dziwnie. Inaczej. Jego myśli uciekały znów w przeszłość, gdy matka zabrała go do zoo, żeby mógł zapoznać się z kształtem i ruchami niedźwiedzia brunatnego. Ów zwierzę, ubrane było dziwacznie, w krwistoczerwoną, lśniącą kamizelkę, miało przyczepioną czapeczkę z doczepionymi pawimi piórami.
Niedźwiedź tańczył w rytm katarynki, czy raczej podrygiwał zachęcany przez kobietę w obcisłym kombinezonie.
I teraz on stał tutaj, pośród drzew imitujących prawdziwe drzewa, próbując nie czuć i nie myśleć, że to piękna i zgrabna ułuda, próbując docenić starania Bee, która nie robiła tego dla niego, ale i tak, mógł sobie wyobrażać, że Ci wszyscy ludzie są w kniei a on, on próbuje być trochę z nimi.
Tyle dobrego, że ubrania, które pomogła mu wybrać jego najdroższa przyjaciółka, rzeczywiście były wygodne. Koszula (jednak biała) miała na sobie piękny biały haft bluszczu przetkanego pierzem, a marynarka i spodnie utrzymane w stonowanej barwie znajomego brązu, niosły ze sobą przyjemne skojarzenie z ziemią.
Samuel próbował odlepić się od pytań, które gnębiły jego nieobyty umysł – czemu zamiast guzików albo sznurka, na mankiecie trzeba było wczepiać jakieś śmieszne broszki? Dlaczego musiał pod koszulą mieć kolejną, małą koszulę skoro był środek lata!? Samo noszenie kompletu było jego wyborem, ale sądził, że to tylko spodnie i gdy zobaczył górę... No dobrze, ptak też ma biały brzuszek i inny kolor skrzydeł i grzbietu, no dobrze, tak było lepiej, tak było ciekawiej...
Podpierał jeden z pni, z dala od jedzenia w kilkumetrowej odległości od wejścia, drapiąc się po przyciętej brodzie. Pachniał dziwnie, sztucznie, ale ostatni grosz poza obuwiem wydał na barbera, by się godnie prezentować (nawet jeśli prawie dostał zawału, gdy ten położył mu wrzący ręcznik na twarzy). Obawiał się dotknąć włosów, również przyciętych i specjalnie ułożonych w modną falę na okoliczność spotkania.
Szata zdobi człowieka... myślał sobie, czując się tak inaczej. Na razie szło dobrze. A potem zobaczył ją i jego i świat zawirował.
No tak.
Trochę się spodziewał obecności Nory na tej imprezie, trochę nie chciał o tym myśleć. "i przyjaciele", przecież to było oczywiste, że się zjawi. Ledwie kilka dni temu udawał, że nie dostał od niej listu, a teraz patrzył na królową tego miejsca z jedyną słuszną osoba u jej boku. Majestatyczny, opiekuńczy byk (wciąż bowiem skojarzenia Samuela wobec Erica krążyły wokół dumnego jelenia) i cudna, boska łania...
Westchnął. Od tego się zaczął koniec jego i Nory opowieści, kwiat bez korzeni, który wzrósł równie gwałtownie co uschnął z końcem lata tak dawno temu, jakby to było wczoraj. Doskonałe przypomnienie, że były to za wysokie dlań progi, że nigdy nawet nie powinien podnosić głowy, czuć się równy w rozmowie.
Z rozmyślań wyrwała go propozycja wyciągnięcia podarunku. Bezmyślnie sięgnął do worka i jego ociosane pracą palce trafiły na coś chropowatego, o interesującej fakturze przywodzącej na myśl kwiaty. Pomyślał o broszy, która mogłaby pasować do koszuli, lecz gdy wyciągnął niespodziankę, zdał sobie sprawę, że to... diadem.
Na twarzy zakwitł mu słodko-gorzki uśmiech, jakby to miejsce chciało z niego zakpić podwójnie. Dziś mógł być księciem. Dziś mógł udawać, że to miejsce, to jego miejsce, że do niego należy.
Zamaszystym krokiem podszedł do Brenny i ukląkł przed nią tak jak było w baśniach, które kiedyś czytał, wyciągając ku niej srebrny (prawie) diadem.
– Królowo tej wspaniałej krainy, czy uczynisz mi ten honor i koronujesz mnie na księcia? – czy miało to sens? Dla Samuela nic z tego co się tu działo nie miało za wiele sensu. Unikał małych wiejskich potańcówek od czasu gdy jego dusza okryła się żałobą po stracie Nory i później jego umiłowanych rodziców. Ale teraz, teraz sama Bee powiedziała mu, że może czas na zmianę. – Bo wiesz, nie mam pojęcia jak to zrobić, żeby nie zniszczyć włosów, stary Matt zabronił mi ich dotykać. To znaczy... powiedział, że mogę oczywiście spróbować, ale zrobił to takim tonem, że nie wiem... chyba mi groził. – dodał wyczekująco, psując nieco patetyczną prośbę nerwową paplaniną.
!prezentgodryka